Carolina Herrera Bad Boy – nie taki zły ten chłopak, jak go malują

Zadziorna i prowokująca nazwa oraz oryginalny i rzucający się w oczy flakon w kształcie błyskawicy (!) nie mają nic wspólnego z pachnącą zawartością. Ta wcale nie jest zła i ze złym chłopcem zupełnie mi się nie kojarzy…

Tak już jakoś mam, że od kiedy kilka lat temu obejrzałem dokument filmowy BBC poświęcony perfumom, w którym pojawił się młody adept sztuki pefumiarskiej Quentin Bisch, gdy tylko widzę na liście płac jego nazwisko, staram się przetestować zapach. Nigdy jeszcze się nie zawiodłem, bo nawet do zwykłego mainsteramowego pachnidła, jakim w istocie jest Bad Boy, potrafi wprowadzić element zaskoczenia, intrygujący „twist” albo po prostu zapewnić mu solidną współczesną treść i formę.

Nie wiem, co jest w Bad Boyu takiego, co powoduje, że ten pachnący jak wiele innych współczesnych męskich pachnideł aromat na mojej skórze układa się i rozwija tak, że … zaczynam się zachwycać. Przykuwa moją uwagę i daje sporo naprawdę sporo satysfakcji z noszenia.

Myślę, że rzecz tkwi nie tyle w samym temacie zapachu, choć generalnie lubię pachnidła z wyraźną tonka i nutami drzewnymi, ale w jego realizacji – nienachalnej, ale obecnej projekcji, delikatnej ewolucji i ogólnie – ładnej, zrównoważonej i niewulgarnej (patrz słodkie dzieła Paco Rabanne) kompozycji. Słowem – może i Bad Boy, ale (paradoks) grzeczny i elegancki oraz wewnętrznie… poukładany. Może to ta nowojorska poprawność trzyma go w ryzach?

Owszem pachnie on 100% syntetycznie i zupełnie nie odkrywczo, ale taka jest przecież w zdecydowanej większości współczesna perfumeria. Bazuje na sztucznych aroma-molekułach, które pozwalają kreować zupełnie nowe, nieznane wcześniej nuty i akordy. I na tym polega jej piękno. Stąd nie czynię z tego absolutnie zarzutu wobec Bad Boya.

Piramidę nut uznajmy za umowną. Bad Boy ewoluuje bowiem w ograniczony sposób – od słodkawego (celowo nie używam słowa „słodkiego”, dla podkreślenia, że to nie jest „ulep”) tonkowego intro do drzewnego, przede wszystkim cedrowego, ładnie skojarzonego z kulinarną nutą kakao finiszu i obecną rzecz jasna do końca tonką. Pieprz, bergamotka czy szałwia pełnią rolę „ożywiaczy” i wypełniaczy, ale nie nadają zapachowi zasadniczego charakteru. Baza jest wg mnie najlepszym elementem tego zapachu, co – uważam – naprawdę dobrze o nim świadczy. Lubię czekać na to, gdy po kilku godzinach w końcu zacznie się ujawniać i czarować mnie dochodzącymi mych nozdrzy od czasu do czasu smużkami słodko-drzewnego akordu. Nie ma co – technicznie to świetnie zrobiony zapach. Co więcej – wydaje się być raczej pewniakiem, gdy chodzi o potencjalną propozycję na prezent dla faceta. Oryginalnie i zupełnie nie perfumowo wyglądający na półce flakon z „wpadającym w nos” zapachem, który pachnie jak wiele innych, ale zmieszany został naprawdę fachowo. Propozycja godna rozważenia, ale uwaga: większość perfumowych koneserów przejdzie obok niego obojętnie. Ich strata? Może tak, może nie.

Nuty głowy: czarny pieprz, biały pieprz, bergamotka

Nuty serca:  cedr, szałwia

Nuty bazy: tonka, ziarno kakao

rok premiery: 2019

nos: Quentin Bisch, Louise Turner

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->3,5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s