Arquiste „El” – facet z wąsem i bakami oraz… kontem na portalu społecznościowym

Męska moda na brodę powoli przemija. Czy zastąpi ją wąs, baki i odkryty tors? Wg pewnych dwóch rodowitych Meksykanów jest to niewykluczone. W każdym razie przygotowali już perfumy na tę okazję…

Carlos Huber musi wyjątkowo dobrze rozumieć się z Rodrigo Flores-Roux. Od samego początku tworzą świetny twórczy tandem. Nic w tym dziwnego. Mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Obaj pochodzą z Mexico City. Obaj parają się perfumami. Pierwszy z nich jako właściciel marki Arquiste Parfumeur, drugi zaś jako profesjonalny perfumiarz pracujący dla Givaudan, znany ze współpracy z największymi tuzami branży, jako choćby Tom Ford, Donna Karan, Calvin Klein, Elisabeth Arden, John Varvatos, Dolce&Gabbana czy Houbigant. Flores-Roux jest też autorem wszystkich pachnideł marki Arquiste.

carlos-huber-rodrigo-flores-roux-arquiste-EL-700x386
Flores-Roux i Huber (fot. CaFleuerBon)

Arquiste długo musiało czekać na debiut na moim blogu. Gdy w końcu do niego dochodzi, marka robi to w bardzo ciekawym stylu. Zeszłoroczna premiera duetu zapachów – męskiego El i damskiego Ella – wzbudziła mój najwyższy stopień zaintrygowania. I choć wciąż jestem bardzo ciekaw, jak pachnie Ella (i coś czuję, że fenomenalnie – więc na pewno wkrótce „ją” przetestuję), to naturalna ciekawość dotycząca męskiego El zwyciężyła.

 

Oba pachnidła opisywane są jako podróż w czasie do roku 1978, do zlokalizowanego w Acapulco klubu-dyskoteki Armano’s. Są nostalgicznym powrotem do stylistyki perfumowej, jaka panowała w latach 70-tych i pierwszej połowie 80-tych. Z jednej więc strony ciekawy, choć w gruncie rzeczy przecież niespecjalnie oryginalny pomysł, z drugiej zaś – doskonałe wykonawstwo. Flores-Roux – jak mało który współczesny perfumiarz – czuję stylistykę retro, czego jak dotąd najpełniej dowiódł w nowej interpretacji legendarnego Fougere Royale Houbigant, o której pisałem niegdyś tu. Przy okazji El perfumiarz dokonał analogicznego zabiegu, tyle że tym razem punktem wyjścia był inny zapach-legenda: Kouros od Yves Saint Laurent. Ale uwaga – tak jak Fougere Royale 2010 nie jest zwykłą reaktywacją klasyka, tylko jego współczesną interpretacją, tak El nie ośmieliłbym się nazwać kopią Kourosa (nota bene wciąż przecież obecnego w ofercie marki YSL ), choć jego stylistyczne powinowactwo do genialnego dzieła Pierre’a Bourdona jest dla mnie oczywiste. Perfumowa stylizacja na lata 70-te? Owszem.

men seventies

Intro El jest zielone i ziołowe, z wysuniętą na przód szałwią, zmiksowaną z rozmarynem i geranium. Dość szybko ujawnia się animalna nuta (cywet), utrzymana wszakże w „rozsądnym” wymiarze. Serce to – znany nam z Kourosa – pojedynek brudno i gorzko pachnącej szałwii oraz zwierzęcego kastoreum z delikatną, czystą wonią kwiatu pomarańczy. Nad całością unosi się aura klasycznego męskiego fougere z obowiązkowym (i całkiem wyczuwalnym) mchem dębowym w bazie. Zapach ma solidną trwałość (finalna sucho-gorzka nuta – chyba kastoreum – trwa na mojej skórze ponad 12 godzin) przy – uwaga – raczej grzecznej, współczesnej projekcji. Ten chronologicznie ostatni aromat El zachowuje się dość niezwykle. Mianowicie siedzi na skórze cicho, ale od czasu do czasu daje znać o sobie nawet wtedy, gdy już myślimy, ze na dobre zamilkł. Użyty testowo wieczorem na przedramieniu, przebijał się przez całe do południa następnego dnia przez inne użyte „globalnie” perfumy.

Czarny flakon El przekornie kontrastuje z białą butlą Kourosa. Ale pod względem zapachu to niewątpliwie najbliżsi krewni, jak ojciec i syn. Łączy ich bardzo wiele, tyle, że obaj urodzili się w innych czasach. Nie są identyczni. Każdy jest indywidualnością. Co nie znaczy, że nie są do siebie podobni i nie mają cech wspólnych.

W bezpośrednim zestawieniu z jedną ze starszych formulacji Kouorsa, której resztkami jeszcze dysponuję, El wypada delikatniej i mniej zwierzęco. Ale gdy zestawić El z wzorcami współcześnie tworzonych męskich perfum, jego odbiór natychmiast się zmienia. El staje się super męski, niemal macho i – jak na współczesne standardy – całkiem wyraźnie zwierzęcy, szczególnie w późniejszych fazach rozwoju na skórze.

EL-SLIDER3

O uroku El decyduje ta sama cecha, która do dziś tak przyciąga do Kourosa jednocześnie od niego odpychając. Kontrast nut „brudnych”, fizjologicznych – szałwii oraz składników zwierzęcych – z nutami czystymi, reprezentowanymi głównie przez kwiat pomarańczy oraz akord fougere.

Jest coś mistycznego w tej odwiecznej walce dobra ze złem przeniesionej na płaszczyznę perfum w formie pojedynku pięknego aromatu z fetorem. Przez większość czasu żaden z nich nie zwycięża. Panuje równowaga, przerywana od czasu do czasu chwilowymi przewagami każdej ze stron. Im bliżej jednak finału, tym bardziej ewidentne staje się, kto będzie tu zwycięzcą. W Kourosie jest nim zmysłowy akord cywetowo-mchowy. W El to lekko gryzące w nozdrza kastoreum.

Twórcy nie pozwolili mu co prawda warczeć  i wyć tak głośno, jak zrobił to Pierre Bourdon w 1981 roku, a jego sierść została tu elegancko przystrzyżona. Baczki i wąsy są precyzyjnie „wytrymowane”, a koszula rozpięta tylko w jednej trzeciej. Niemniej wykazali się sporą dozą odwagi proponując takie pachnidło w 2016 roku. I chwała im za to, bo El to świetne perfumy dla tych z nas, którzy nie obawiają się pachnieć bezdyskusyjnie i niemal archetypicznie męsko, ale są świadomi współczesności i wiedzą, który mamy rok. El to pachnidło stworzone dziś i na dziś. I choć czuć w nim nostalgię, czuć klasyczne składniki i ich połączenia w klasyczne akordy, to całość pachnie tu i teraz. Współcześnie i retro zarazem.

Wszystkim fanom męskiej klasyki fougere z wąsem tudzież wydatnymi bakami, rozpiętą koszulą i owłosionym torsem, wszystkich, którzy kochają Kourosa YSL, Paco Rabanne PH, Antaeusa Chanel, Azzaro PH i im podobne aromaty tamtych szczególnych lat, gorąco polecam El. Nie powinniście być zawiedzeni, o ile jednak będziecie pamiętać, że „nic dwa razy się nie zdarza”…

ARQUISTE_EL

nuty głowy: szałwia, rozmaryn, geranium

nuty serca: cynamon, woda z kwiatów pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, wetyweria, kastoreum, akord fougere

perfumiarz: Rodrigo Flores-Roux

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Reformulacja klasyków. Kontrowersyjna, ale nieunikniona.

Kontrowersyjny temat reformulacji perfum jest jednym z najmocniej dyskutowanych wśród tzw. perfumomaniaków. Nic w tym dziwnego, skoro nasze ulubione zapachy, nierzadko używane od wielu lat, kupione dziś pachną często wyraźnie inaczej niż w przeszłości. Osoby zorientowne w temacie, o wyczulonym zmyśle powonienia, z reguły zauważają te różnice. Przeciętnemu nabywcy mogą one jednak umknąć. Producenci starają się bowiem, by zmiany przeszły niezauważone i często im się to udaje. Czasem nowe wersje bliskie są pierwotnym i wielkiej szkody nie ma. Jednak często zmiany są zbyt ewidentne.

Wbrew obiegowym opiniom, jakoby reformulacje miały służyć uwspółcześnieniu starych klasyków tak, by te łatwiej zdobywały serca współczesnych, przyzwyczajonych do miałkości konsumentów, prawda wydaje się być inna i znacznie bardziej prozaiczna. Dwa najważniejsze i praktycznie zawsze występujące przyczyny zmieniania formuł perfum to: presja na obniżenie kosztów pachnącej esencji oraz spełnienie coraz to nowych wymagań ograniczających stosowanie wielu tradycyjnych składników perfum (zwykle naturalnego pochodzenia). Oba aspekty mają w tle pieniądze, co wydaje się być w dzisiejszych czasach oczywiste. Niestety…

Konkurencja i ogólna tendencja do zwiększania dostępności markowych perfum poprzez obniżanie ich cen powodują, że współcześni perfumiarze stają niejednokrotnie przed karkołomnym zadaniem potanienia receptury, co praktycznie zawsze odbija się na jakości perfum i ich charakterze.  Na potwierdzenie tego przytoczę słowa Ralpha Schwiegera – jednego z współczesnych perfumiarzy:

„RS: Największym problemem jest posiadanie coraz to mniejszych funduszy na „pozwalanie sobie” w kwestii składników. Wyzwaniem nie jest ich dostępność, ale możliwość finansowego pozwolenia sobie na nie. Regulacje europejskie nie są wyzwaniem dla nowych kreacji, ponieważ jest jeszcze wciąż wiele nieodkrytych ścieżek, ale odtworzenie istniejącego już zapachu bez odpowiednich składników jest czasem bardzo trudne. Zestaw to z ograniczeniami finansowymi, a zrozumiesz, dlaczego niektórzy nie poznają swych ulubionych klasycznych pachnideł po ich reformulacji (…)”

Także pomysły IFRA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Producentów Perfum), które to forsuje w Europejskim Parlamencie, tak naprawdę biorą się wg mnie z chęci zarabiania przez wielkie koncerny chemiczne, syntetyzujące zapachowe składniki. Pod płaszczykiem rzekomych własności uczulających drastycznie obostrza się użycie m.in. np. mchu dębowego (Evernia prunastri), integralnego składnika akordu chypre, ale i jednej z najpopularniejszych perfumowych ingrediencji w ogóle, więc perfumiarze muszą szukać alternatywnych, zwykle właśnie syntetycznych substancji i to często wcale nie wśród tych najlepszych, przez co najdroższych (niektóre syntetyki pachną zachwycająco i kosztują krocie), bo wciąż trzeba pamiętać o presji cięcia kosztów.

Efekty tych niecnych zabiegów znam doskonale z autopsji. Oto jeden z nich. Niegdyś jedno z moich większych perfumowych odkryć, wspaniałe i jedyne w swoim rodzaju Grey Flannel Geoffrey Beene.

Ostatnio postanowiłem uzupełnić zapas Grey Flannel, bo moje 30 ml jest już tylko do połowy pełne. Nie używam go często, ale mam do niego ogromny sentyment. Opiszę krótko, co się okazało, gdy otrzymałem i przetestowałem nowy flakon, wyprodukowany w 2011 roku. Płyn w środku jest bezbarwny. W mojej starej 30-ce, która pochodzi z 2004 roku, kolor płynu jest lekko żółty. Co jednak najważniejsze, stary GF pachnie inaczej. Wg mnie lepiej, głębiej i cieplej. Wyraźniej czuć w nim goździk i naturalny (!) mech dębu. W nowym tego nie ma. Jest za to ładniejsze, bardziej świeże otwarcie (w starym też mogło być, tyle że z racji wieku zapach ulegał maceracji i nuty górne mogły zmniejszyć swój udział, co jest naturalne).  Nowa wersja ma też wyraźną nutę jaśminową w sercu, czego nie znajduję w staruszku. Jakieś 4 lata temu podarowałem swemu bratu zużyty w 25% flakon 120 ml GF. Brat ma go do dziś. Data produkcji to 2006 rok. Płyn jest żółty. Czy te ewidentne różnice w kolorze oraz nieco bardziej subtelne w zapachu to jedynie efekt związany ze starzeniem się mieszanki? Śmiem w to mocno wątpić (choć do końca nie wykluczam).

Czy wobec tego nowa wersja Grey Flannel pachnie źle? Tego nie mogę powiedzieć. Pachnie bardzo dobrze, choć bardziej świeżo i bardziej płasko niż stara. Choć przyznam, że koniec końców w bazie oba pachnidła są już niemal identyczne. Co ciekawe, nowa wersja jest też trwalsza niż stara.

Nie upierałbym się tak przy swoich reformulacyjnych domniemaniach, gdyby nie kolejne przykłady, które mogę ostatnio samemu przeanalizować. Oto jedno z nasławniejszych męskich pachnideł Antaeus Chanela. Swego czasu ulubione perfumy akotra Jana Nowickiego. Ciekawe, czy współczesns wersja jeszcze mu pasuje? Bowiem wersja sprzed zmian nie dość, że (znowu!) posiada nasyconą żółtą barwę, to jeszcze ma wyraźnie lepszą projekcję, trwałość, no i przed wszystkim pachnie pełniej, bardziej bogato i wielowymiarowo, jest zdecydowanie bardzie zniuansowana. Wyraźnie wyczuwam w niej zarówno jakże charakterystyczny wosk pszczeli, jak i organiczną nutę castoreum. Wersja aktualna ma barwę transparentną, bez żółtego odcienia i sprawia wrażenie rozcieńczonej i unowocześnionej, jakby z premedytacją pozbawionej retro sznytu i fizjologicznych nut poprzednika, które przecież czyniły z niego to, czym był. Reformulacja Antaueusa jest zdecydowanie bardziej wyczuwalna i ewidentna, niż przypadek Grey Flannel. Antaeus wg mnie wiele stracił na tych zmianach, choć obiektywnie muszę przyznać, że jest wciąż bardzo męskim i bardzo dobrym pachnidłem, które – paradoksalnie – może w tej „lżejszej” wersji bardziej odpowiadać potencjalnemu współczesnemu użytkownikowi, pod warunkiem, że nie jest zawziętym fanem wersji pierwotnej.

Zmianom poddano bowiem również słynnego Kourosa YSL. Także w tym przypadku różni się on barwą płynu (nowy wpada w barwę rdzawą, podczas gdy stary jest ciemno-żółty). Sam zapach w wersji vintage okazał się przede wszystkim bogatszy w fizjologiczny cywet, który w tej wersji dochodzi  znacznie szybciej do głosu. W nowej wersji cywetu jest zauważalnie mniej, zaś akord serca chwilami przywodzi skojarzenia z Adidas Active Bodies (!). Co ciekawe na papierku testowym nowy Kouros wypada gorzej od starego, który pachnie pełniej, bardziej naturalnie i dłużej. Na skórze te różnice są już mniej zauważalne i uważam, że reformulacja Kourosa nie była aż tak druzgocąca, jak Antaeusa. Kourosa uczyniono trochę mniej kontrowersyjnym, ujmując nieco jego fizjologicznego, brudnego akcentu, ale całość zachowała swój nieprzejednany charakter.

Oczywiście przypadki cichej reformulacji klasyków można by tu mnożyć (choćby legendarny M7 YSL, któremu w przeszłości prócz formuły przemodelowano także nieco flakon), o czym bez najmniejszego problemu dowiemy się czytając słynne forum Basenotes. Warto też przywołać zmiany bardziej udane i zrobione w sposób daleko bardziej elegancki, bo oficjalny. Mam tu na myśli bardzo udane, najnowsze wcielenie M7 w postaci Oud Absolu. Ale to już temat na jeden z następnych wpisów.

Co my – klienci – możemy w tej sytuacji zrobić? Szczerze mówiąc niewiele. „Gmeranie” w recepturach perfum jest już zjawiskiem powszechnym i właściwie nieodwracalnym. Będzie miało miejsce i nie uciekniemy od tego. Póki co wciąż jeszcze możemy poszukać starych wersji, głównie w sklepach internetowych lub na portalach aukcyjnych, jednak wraz z upływającym czasem ich znalezienie będzie coraz trudniejsze. I trzeba się z tym będzie niestety pogodzić. Taka jest smutna prawda.