„L’Eau” Tauer Perfumes – kwitnące drzewo cytrynowe

Jestem fanem świeżości w perfumach. Ktoś powie – banalne. Może. Ale ja po prostu bardzo lubię kompetentnie wykonany świeży zapach, czy to w formie perfum do ciała, czy zapachu do pomieszczeń. Dlatego m.in. tak cenię autorskie kreacje Francisa Kurkdjiana, który w ramach swej własnej marki Maison FK co rusz przedstawia kolejne, nie mające sobie równych interpretacje świeżości. O ile więc po tym sławnym paryskim perfumiarzu spodziewam się takich właśnie pachnideł, o tyle po – może mniej znanym, ale nie mniej utalentowanym – Andym Tauerze już raczej nie. Szwajcar znany jest raczej z esencjonalnych, gęstych, orientalnych, drzewnych, skórzanych i kwiatowych pachnideł. Tym bardziej zaskoczyła mnie jego najnowsza kreacja pod jakże wiele mówiącą nazwą L’Eau. Cieszą mnie takie inicjatywy.

andy-tauer

Pomyli się jednak ten, kto podejrzewa, że L’Eau to zapach wodny lub też cytrusowy, choć inspiracją do jego powstania było drzewo cytryny rosnące na werandzie perfumiarza.

Tzn. nuty cytrusowe owszem są tu obecne i wyczuwalne, ale bardzo delikatnie i to tylko na samym początku, w postaci słodkiej cytrusowej mgiełki. Istota L’Eau nie są jednak wcale cytrusy. Kwiatowy akord serca zbudowany z kwiatu cytryny oraz nuty kwiatu (!) irysa (co musi być olfaktoryczną interpretacją, bowiem nie wyczuwam tu wprost irysowej esencji, rozumianej jako ekstrakt z kłącza tej rośliny) stanowi trzon L’Eau, przesuwając go w rejony lekko biało-kwiatowe. Wciąż jednak to nie wszystko. Ambrowe tło – przywołujące echa innych pachnideł Tauera – jest tu także obecne, choć oczywiście w subtelniejszej wersji, przy czym zostało tym razem zatopione w bardzo obfitej dawce białych piżm, pachnących w sposób, który zwykłem opisywać jako woń prasowanej pościeli (ta sama woń dominuje obok lawendy i tonki w Gris Clair Serge’a Lutensa). Nie bez wpływu na zaskakująco ciepły charakter tego pachnidła pozostaje nuta sandałowca i coś jeszcze (przywołany przez autora timber? Wietrzę tu jakąś aromamolekułę…), co przydaje zaskakującej nutki pikantnej, drzewno-przyprawowej w sercu zapachu.

lemontree

Andy przemycił do tego z założenia lekkiego aromatu swoją sygnaturę, swój autorski podpis (tauerade), który najdobitniej poczujemy w legendarnym już L’Air du Desert Marrocain. Przez to L’Eau wcale nie jest typowo świeży w rozumieniu rześkości, lekkości, orzeźwienia. Jest raczej świeżo-ciepły, lekki, ale zmysłowy oraz subtelny (jak na standardy tego perfumiarza), przy tym trwały – dzięki ambrowo-piżmowej fiksacji.

Czy wobec tego wszystkiego można L’Eau porównać do jakichkolwiek innych perfum? Owszem. Podobną słoneczną (solarna?) woń, przypominająca aromat wyimaginowanej emulsji do opalania znajdziemy w Aqua Vitae Francisa Kurkdjiana. Tyle że ten perfumiarz nigdy nie przedawkowałby tak wyraźnie białych piżm (jego perfumy są perfekcyjnie „skalibrowane” i „wypolerowane”, przez co niektórzy uważają je za mało interesujące). Inny pokrewny zapach – także pod względem nazwy – to L’Eau Serge Lutens, choć tamten jest jednak nieco bardziej kwiatowy.

Podsumowując, L’Eau to intrygująca i na pewno nietypowa woń z gatunku tych lżejszych i świeższych, choć w tym przypadku paradoksalnie wcale nie orzeźwiająca. Być może to zamierzony efekt, w co wierzę, a być może jest tak, że za cokolwiek nie weźmie się Andy Tauer, nabiera to jego ciepłego, tauerowskiego charakteru. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Dla mnie do dowód, że artysta ten ma wciąż wiele do zaproponowania i zawsze stara się „mówić własnym językiem”, zamiast próbować „papugować” innych.

 

Leau Tauer

nuty głowy – akord cytrusowy: bergamotka, cytryna, słodka pomarańcza

nuty serca: kwiat cytryny, kwiat irysa

nuty bazy: białe piżma, szara ambra, drewno sandałowe, timber

perfumiarz: Andy Tauer

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Kolońskie rekomendacje fqjciora

Zapach koloński jest ze mną od kiedy pamiętam, poczynając od opakowanej w wiklinowe wdzianko buteleczki Prastarej Wody Kolońskiej stojącej na toaletce mojej babci tudzież Przemysławki okupującej miejsce na półce w łazience. Od kilku lat kolońska jest niezbędnym elementem mojej zapachowej garderoby. Nie wyobrażam sobie nie tylko wiosny i lata, ale i całego roku bez świeżej kolońskiej woni w wydaniu mniej lub bardziej klasycznym.

Prastara kolońska
foto: http://www.brzytwa.org

Szczęśliwie nie tylko ja tak mam, o czym świadczy – jak sądzę – popularność wydanego w 2012 roku przez Toma Forda Neroli Portofino, klasycznie pachnącej kolońskiej, wzbogaconej o aspekt ambrowo-piżmowy, której nadano formę trwałej eau de parfum. Sukces tego zapachu skłonił inne marki do pójścia w ślady Forda i zaproponowania własnych pomysłów na kolońskie aromaty. Jedna z nich – mowa o Atelier Cologne – nawet oparła swoje portfolio na rozmaitych interpretacjach kolońskiego tematu, często zresztą wychodząc bardzo daleko poza kanon (troszkę jak od dawna znana z doskonałych kolońskich Acqua di Parma). Z kolei The Different Company stworzyło własną linię nowoczesnych kolońskich pod nazwa L’Esprit Cologne. Słynny Hermes dopracował się solidnej kolońskiej oferty pod nazwą Collection Colognes. Również Tom Ford – w tempie godnym podziwu – rozbudowuje swój arsenał zapachów kolońskich (Mandarino di Amalfi, Venetian Bergamot, Costa Azzura, Fleur de Portofino, Sole di Positano), a w zeszłym roku zaproponował nawet dwie nowe wersje swojego bestsellera: Neroli Portofino Acqua (lżejszą od pierwowzoru, bliższą klasycznej kolońskiej) i Neroli Portofino Forte – gęsty koloński perfumowy ekstrakt ze skórzaną bazą.

Na tym swoistym renesansie kolońskiej korzysta rzecz jasna konsument, mając coraz większy, niemal nieskończony, wybór.

the-neroli-portifino-collection

Poniżej opisałem zapachy kolońskie, które uważam za zdecydowanie godne rekomendacji. Część to typowe – lekkie i krótkotrwałe – eau de cologne, inne to intensywniejsze i bardziej trwałe wody toaletowe i perfumowane o kolońskim bukiecie. Po jednej na każdy dzień tygodnia…

 

Niedziela 

Acqua Di Colonia (1996) Lorenzo Villoresi

Klasyczna, aromatyczna i bezkompromisowa, czyli 120% kolońskiej w kolońskiej 

Bardzo tradycyjna w pod względem aromatu, archetypiczna wręcz kolońska, w której soczyste i rześko pachnące cytrusy połączono z lawendą, zielonym petitgrain (esencja z liści drzewa gorzkiej pomarańczy) i cytrusowo pachnącą żywca elemi, wzbogacono ziołami (wprowadzająca fizjologiczną nutę szałwia i rozmaryn) oraz esencją z kwiatu pomarańczy (neroli), utrwalając całość piżmami. W zamierzeniu prosta, ale w wykonaniu Villoresiego zaskakująco wyrafinowana kompozycja. Równie aromatyczna, co krótkotrwała, w czym także bardzo wierna klasycznym wzorcom. Acqua Di Colonia florenckiego Mistrza pachnie nieprawdopodobnie naturalnie i organicznie. Jest orzeźwiająca jak poranne słońce, soczysta jak włoskie cytrusy i jednocześnie wytrawna niczym zielnik włoskiego kucharza. To najpiękniejsza i najbardziej naturalna znana mi kolońska w klasycznym typie. Czysta i niczym nie zmącona kolońska ekstaza. Jednocześnie tak bardzo klasyczna w swym wyrazistym aromacie, że prawdopodobnie możliwa to zaakceptowania tylko przez koneserów tematu. Choć może się mylę.

 

główne składniki: cytrusy, petitgrain, elemi, goździk, neroli, szałwia, rozmaryn, piżmo

nos: Lorenzo Villoresi

 

Poniedziałek

Cologne Royale (2010) Christian Dior

Subtelnie i ponadczasowo, czyli gdy mniej znaczy więcej.

Kolońska będąca częścią ekskluzywnej linii Diora La Collection Couturier Parfumeur charakteryzuje się delikatnym cytrusowym muśnięciem kalabryjskiej bergamotki i wyraźną przez pierwsze minuty, ale nie przesadnie mocną nutą włoskiej mięty. Zapach osadzony jest na delikatnej bazie z esencji drewna sandałowego. Jego konstrukcja jest minimalistyczna, bardzo prosta i czytelna, doskonale wyważona, a aromat lekki, świeży i naturalny. Cologne Royale nastawiona jest – podobnie zresztą jak Acqua Do Colonia Lorenzo Villoresiego – na krótkotrwały efekt orzeźwienia, choć w swej formule jest dużo prostsza, łatwiejsza w odbiorze i – paradoksalnie –  zupełnie nie retro (choć podobno bazująca na wzorcach z XVIII wiecznych Dworów Królewskich).

Dominacja delikatnych cytrusów plus efemeryczna mięta. Delikatnie, naturalnie, świeżo i nieco nonszalancko, a przy tym krótko. Tak w największym skrócie można opisać Cologne Royale.

Jak mówi Francois Demachy, perfumiarz, który skomponował Cologne Royale,

Kolońska to dla perfumiarza ćwiczenie,  w którym na jakość powstałego zapachu największy wpływ ma jakość użytych składników, w szczególności cytrusowych esencji.

Ja dodałbym, że potrzeba też nie lada ekspertyzy i doświadczenia, by stworzyć wysokiej jakości kolońską. Francois Demachy nieraz już udowodnił, że jest mistrzem kolońskiej konwencji, i że potrafi żonglować nią w imponujący sposób. Wystarczy przywołać tu Eau Sauvage Cologne, Fahrenheit Cologne czy moje ulubione z tej trójki Dior Homme Cologne, do którego Cologne Royale jest chyba najbardziej podobne.

 

główne składniki: bergamotka, męta, drewno sandałowe

nos: Francois Demachy

 

Wtorek

Cologne Pour Le Matin (2009) Maison Francis Kurkdjian

Dla indywidualistów – musujące cytrusy i biały tymianek z Maroka jako doskonali kompani białej koszuli.

Z właściwym sobie urokiem i odrobiną przekory Francis Kurkdjian zaproponował swoją interpretację kolońskiego tematu łącząc obowiązkowe cytrusy (bergamotka i limonka) z akordem ziołowym złożonym z dominującej tu esencji białego tymianku oraz prowansalskiej lawendy. Efektem jest zapach lekki i odświeżający, w którym najwyraźniej pachnie wspomniany tymianek, podczas gdy obecne na samym początku krótkotrwale cytrusy mają niezwykle delikatny charakter.

Cologne Pour Le Matin pachnie ślicznie i oryginalnie. Choć dopiero dodatek fiołka, neroli, irysa i ambry w wersji Absolue Pour Le Matin uczynił zeń pachnidło porywająco piękne i jedno z moich absolutnie ulubionych (od kliku już lat), to Cologne wciąż jest zapachem godnym polecenia, szczególnie jeżeli w kolońskiej poszukujemy czegoś nowoczesnego i bardziej oryginalnego.

 

główne składniki: bergamotka, limonka, biały tymianek, lawenda

nos: Francis Kurkdjian

 

Środa

Cologne (2001) Thierry Mugler

Rewolucyjna, czyli pachnieć słońcem i mydłem.

Dziś już może nie tak zaskakująca, jak w czasie, gdy miała swą premierę, za to wciąż zachwycająca niepowtarzalnym aromatem, który przyjęło się określać jako czysty i mydlany.

Alberto Morillas przedefiniował tym zapachem pojęcie kolońskiej i stworzył jej współczesną wersję – godną XXI wieku. Pachnącą nowocześnie, mocno i dłużej niż standardowe kolońskie, bo będącą w swej istocie chyba pierwszą w historii kolońską o koncentracji wody toaletowej.

Obok obowiązkowych cytrusów, pachnących tu wszakże w mniej naturalny, niż to zwykle bywa w zapachach kolońskich, a bardziej abstrakcyjny sposób, perfumiarz umieścił w formule biało-kwiatowo i jednocześnie cytrusowo pachnącą esencję kwiatu pomarańczy (neroli) oraz zielony, rześki petitgrain – będący w istocie esencją liścia gorzkiej pomarańczy. Jako bazę zastosował tzw. białe piżma, które w solidnej dawce dodają całości mocy, głębi i trwałości oraz czystej aury (nutka świeżo upranej pościeli).

Kto raz zetknął się z Cologne, ten z pewnością uległ jej słonecznemu i beztroskiemu urokowi oraz świeżej i czystej aurze. Nie sposób do niej nie wracać, gdy robi się ciepło. Ja przynajmniej takiego sposobu nie znam.

 

główne składniki: bergamotka, neroli, petitgrain, białe piżma

nos: Alberto Morillas

 

Czwartek

Mediterranean Neroli  (2015) Ermenegildo Zegna 

Koloński luksus, czyli jak przebić Toma Forda?

Będąca częścią ekskluzywnej linii perfum The Essence Collection marki Zegna (niedoceniona, a doskonała kolekcja, zwracam uwagę wszystkich koneserów!) jest odpowiedzią na zapoczątkowany przez Neroli Portofino Toma Forda powrót do aromatów kolońskich, tyle że zrobionych „na bogato” – wieloskładnikowych, mocnych i bardzo trwałych, będących w swej istocie czymś więcej, niż „tylko” kolońskimi. Barokowo rozbudowana receptura gwarantuje w tym przypadku cały wachlarz nut zapachowych – od cytrysowo-zielonego wstępu, zbudowanego z bergamoty i esencji liści gorzkiej pomarańczy (petitgrain bigarade) przez genialne kwiatowe serce, z cudnym neroli, aż po drzewno-piżmowy finisz. Wszystko to składają się na dominujące poczucie luksusowej świeżości i czystości, które tak lubię w perfumach. Podobieństwo to wspomnianego Neroli Portofino jest tu ewidentne, jednakże zapach Zegny jest mniej ambrowy, bardziej drzewny, wyraźniejszy, nieco ostrzejszy i odrobinę szorstki.

Mediterraean Neroli to genialnie wyegzekwowany temat koloński z użyciem doskonałej jakości esencji, co czuć natychmiast i bardzo długo (w tym „bergamotkę Zegny” – esencję pochodzącą z upraw należących do E. Zegny, którą odnajdziemy w każdym z zapachów The Essence Collection). Kompozycja jest wyrafinowana, zniuansowana i zniewalająco piękna, a zapach projektuje mocno i przez wiele godzin. Prawdziwe techniczne tour de force w wykonaniu Pierre’a Negrina.

To bezdyskusyjnie jeden z najlepszych znanych mi tego typu zapachów. Ścisła czołówka i mój faworyt gatunku w ostatnim czasie, który przebił Neroli Portofino Toma Forda.

 

główne składniki: bergamotka, petitgrain, neroli, cyprys

nos: Pierre Negrin

 

Piątek

Cologne (2014) Etat Libre d’Orange

Świeżo, ciepło, ambrowo, skórzanie – czyli coś łatwego i przyjemnego od przekornego Etienna de Swardta.

Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska w koncentracji eau de parfum z pewnością zainspirowana niezwykłą popularnością Neroli Portofino, ale mająca swą wyraźną indywidualność. Zasadnicze nuty to – oczywiście – cytrusy, tyle że tym razem z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiaty w sercu (duet kwiatu pomarańczy i jaśminu). Bazę stanowią piżma oraz subtelny akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala go jednocześnie. Całość pachnie owszem świeżo, ale nie rześko, tylko raczej ciepło, kremowo, miękko i otulająco. To ambrowo-skórzana kolońska w ciemnej tonacji. Idealna na chłodny letni dzień? Czemu nie. Doskonała też na cały rok. Zdecydowanie warta uwagi, choć niestety pozostająca w cieniu Neroli Portofino.

 

główne składniki: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

nos: Alexandra Kosinski

 

Sobota

Neroli Portofino (2012) Tom Ford 

Kolońska na sterydach, czyli wiadomo, kto to wszystko zaczął…

Rodrigo Flores-Roux stworzył tę inspirowaną klasyką woń kolońską mieszając cytrusy (bergamotka, cytryna, grejpfrut) z nutami ziołowymi (lawenda, tymianek, rozmaryn) oraz cennymi esencjami kwiatów gorzkiej pomarańczy i jaśminu wielkolistnego (Sambac). Kwiatowej głębi dodał za pomocą bardzo wysokiej jakości ekstraktu CO2 z kwiatu pomarańczy. Perfumiarzowi bardzo zależało na tym, by jego kolońska była dużo trwalsza, niż to zwykle z tego typu zapachami bywa. Użył więc jemu tylko znanej magicznej mieszanki wybranych białych piżm, nasion ketmii piżmowej i dzięgla. W ten sposób perfumy, które skomponował początkowo tylko dla własnego użytku, z inspiracji dzieciństwem spędzonym pośród drzew gorzkiej pomarańczy na meksykańskiej prowincji, stały się jednym z najchętniej kupowanych zapachów z ekskluzywnej linii Toma Forda i zapoczątkowały renesans inspirowanych klasyką zapachów kolońskich.

Neroli Portofino to przecudnej urody niemalże liniowy (niezmienny w czasie), ciepły i posiadający bursztynową głębię zapach koloński o ponad 8 godzinnej trwałości przy początkowo wyraźnej, a po kilku godzinach blisko skórnej, ale konsekwentnej projekcji. Noszenie go to czysta przyjemność. Czuję się w nim świeżo i ekskluzywnie, na co pewnie wpływ ma także niestety jego przesadnie wygórowana cena, nawet w porównaniu do innych pozycji z butikowej linii Private Blend Toma Forda.

 

główne składniki: cytrusy, kwiat pomarańczy, lawenda, rozmaryn, tymianek, jaśmin Sambac, piżmo, ketmia piżmowa (ambrette), dzięgiel

nos: Rodrigo Flores-Roux

 

Inne polecane współczesne kolońskie:

Byredo Sunday Cologne

Frederic Malle Cologne Indelebile

Parle Moi De Parfum Tomboy Neroli

Atelier Cologne Grand Neroli

Le Labo Bergamotte 22

Le Labo Neroli 36

Helmut Lang Eau de Cologne

Chanel Allure Homme Sport Cologne

Dior Homme Cologne 2013

The Different Company L’Esprit Cologne

Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia” – niebiańska świeżość

Po zaledwie ośmiu latach działalności marka Maison Francis Kurkdjian wzbudziła apetyt branżowego giganta – koncernu LVMH, dysponującego w swym portfolio takimi brandami jak Guerlain, Dior Parfums, Givenchy czy Acqua di Parma. Skończyło się ogłoszonym dosłownie kilka dni temu zakupem jej pakietu większościowego. Informacja ta zelektryzowała media branżowe i zainteresowanych tematyką perfumową blogerów, w tym także i mnie. Co to oznacza dla przyszłości MFK? Trudno przewidzieć. Oby same dobre rzeczy.

Francis Kurkdjian to postać nietuzinkowa, nawet jak na pełną wyjątkowych postaci branżę, w której działa. Nieskazitelnie elegancki Paryżanin ormiańskiego pochodzenia, elokwentny, pewny siebie i swoich racji, umiejący ze swadą opowiadać o swej pracy i niezwykłych, niebanalnych projektach, jakich się podejmuje. Nie przepada za zdradzaniem tajemnic swojego perfumiarskiego warsztatu, perfumerię traktuje raczej jako rzemiosło, aniżeli sztukę. Lubi wyzwania i niebagatelne, zakrojone na szeroką skalę projekty z użyciem zapachu. Niewątpliwie człowiek sukcesu, ale też artysta, który posiadł tajemną wiedzę, dzięki której potrafi tworzyć piękne i uzależniające perfumy, wyróżniające się przy tym dużym potencjałem komercyjnym. Chcąc skomercjalizować swoją działalność, twórca z reguły potrzebuje wspólnika, orientującego się w zasadach prowadzenia biznesu w danej branży. Dla Francisa jest to Mark Chaya, który odpowiada za biznesową stronę MFK, a który doskonale wie, jak prowadzi się firmę w branży beauty.

MFK
Marka Chaya i Francis Kurkdjian

Połączenie sił, talentów i pracy obu panów zaowocowało powstaniem, rozwojem i sukcesem Maison Francis Kurkdjian – luksusowej marki perfumowej, znanej z imponującej linii nowoczesnych i wyjątkowej urody pachnideł, dostępnych w perfumeriach na wszystkich kontynentach oraz w kilku przepięknych butikach marki – w Paryżu, Kuala Lumpur, Kaohsiung, Taipei.

MFK Boutique

Gołym okiem i bez zaglądania w rachunek zysków i strat domniemać można, że MFK okazało się być udanym biznesem (wg http://us.fashionnetwork.com roczne obroty MFK sięgały 10 mln euro). Tak udanym, że zwróciło uwagę branżowego potentata (no chyba, że wcześniej popadło w finansowe tarapaty i znalazło branżowego inwestora, ale w taki scenariusz trudno by mi było uwierzyć). Zanim jednak „gruchnęła” wspomniana wiadomość o wykupie, Francis zdążył zaprezentować nowy zapach – kolejną, trzecią już po Aqua Universalis i Aqua Vitae, odsłonę swej „wodnej” kolekcji.

Aqua Celestia – podobnie jak Aqua Universalis – łączy subtelne nuty kwiatowe z piżmami i aurą luksusowego detergentu (co w tym przypadku jest komplementem, nie zaś wyrazem dezaprobaty). Różnice tkwią w odmiennej nucie kwiatowej (tu mimoza, tam kwiat pomarańczy i konwalia) oraz – przede wszystkim – w owocowej nucie czarnej porzeczki wyczuwalnej od samego początku, zgrabnie połączonej z orzeźwiającą limonką i miętą. Ten uroczy, świeży, lekki, transparentny, owocowo-kwiatowy akord utrzymuje się na skórze przez kilkadziesiąt minut. To, co pozostaje na skórze po jego wygaśnięciu, jest bardzo podobne do Aqua Universalis, choć nieco bardziej intensywne i trwalsze.

sky

Aqua Celestia to dla mnie kolejny dowód na to, że Francis Kurkdjian jest niedoścignionym mistrzem luksusowej i niebanalnej świeżości w perfumach. Specjalnie użyłem słowa luksusowej, choć bardzo trudno mi wyjaśnić słowami, dlaczego. Myślę jednak, że każdy, kto testował jego perfumy, z pewnością wie lub chociaż czuje, o czym piszę.

Jego wizja świeżości ma w sobie najwyższą jakość, coś nieuchwytnie hi-endowego, coś co powoduje, że otoczony stworzonym przez niego aromatem, czuję się, jakbym właśnie wyszedł spod prysznica i wdział nieskazitelnie białą koszulę uszytą dla mnie przez paryskiego Courtota (tak przynajmniej to sobie wyobrażam…).

Dotąd za każdym razem, gdy używałem Aqua Universalis, miałem chęć dosłownie się w niej wykąpać, nasączać nią odzież, bieliznę, pościel, dosłownie wszystko i… nie sięgać już po żadne inne perfumy. Teraz mam w tym zakresie wybór. Jest nim Aqua Celestia. Zabutelkowana niebiańska świeżość.

MFK Aqua Celestia

główne nuty: limonka, czarna porzeczka, mięta, mimoza, piżma

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

Aqua Celestia jest już dostępna w perfumerii Quality Missala w Warszawie.

Serge Lutens „Clair de Musc”

Pamiętacie Bestię?

furry-beast-3

„Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.”

Właśnie tak obrazowo kilka lat temu opisywałem Muscs Koublai Khan, niezwykłe, przepełnione zwierzęcymi aromatami piżmowe pachnidło Serge’a Lutensa. Zdecydowanie najodważniejszy zapach w jego ofercie, akceptowalny chyba tylko przez nielicznych koneserów i zapachowych freaków. Pięć lat po jego premierze duet Lutens/Sheldrake przedstawił zgoła odmienną interpretację piżmowego tematu, tytułując ją znacząco

Clair de Musc – Jasne Piżmo.

To piżmowy Dr Jecykll. Po niepokojącym Mr Hyde pozostało tylko wspomnienie. Clair de Musc nie wzbudza niepokoju. Przeciwnie – wprowadza w stan błogości. Jest delikatny, czysty, biały, jak świeżo uprana pościel. Niewinny i jasny jak aniołek w porównaniu to niedomytego futrzanego Khana.

Clair de Musc nie zawiera oczywiście wyłącznie piżm, choć tych jest tu z pewnością ponad normę i przebijają się przez dość skromną powłokę pozostałych molekuł bardzo skutecznie niemal od początku. Wstęp jest troszeczkę rozrzedzony bergamotką, po czym zaraz ujawnia się wyraźna neroli połączona z subtelnym irysem. Istotnym więc aspektem tej kompozycji jest subtelny akord kwiatowy. To on – wraz z leżącymi u podstaw białymi piżmami – buduje istotę Clair de Musc, przy czym, jak łatwo się domyśleć, z czasem piżma stają się jedynymi bohaterami tej opowieści. Piżmowa treść Clair de Musc jest tu zresztą jedną z najlepszych w swym gatunku. Szerokie – mam wrażenie – spektrum zastosowanych tu typów piżm skutkuje sporym zniuansowaniem piżmowego akordu. Pachnie on jednocześnie ciepło, otulająco, troszkę słodko, ale przez pewien czas subtelnie gryząc nozdrza nieco ostrzejszą nutką, którą zwykłem określać jako zapach rozgrzanego żelazka.

biala-posciel-hotelowa

Z natury rzeczy Clair de Musc jest zapachem bardzo trwałym, ale też przez większość czasu trzyma się blisko skóry. Emituje delikatną, nienarzucającą się woń. Tworzy aurę ciepłej, komfortowej, kojącej czystości. Z czasem staje się bardziej mydlany, a nawet pudrowy. Ma w sobie na tyle dużo kobiecości, że nie odważyłbym się nazwać go uniseksem. Ze względu na swój powściągliwy charakter, idealnie nada się na te okazje, gdy nie chcemy pachnieć głośno i intensywnie, ani zwracać uwagę swoimi perfumami, ale po prostu chcemy dobrze pachnieć i czuć się komfortowo.

Będąc pełnoprawnym pachnidłem, o jednak dość minimalistycznym charakterze i wyjątkowo dużej koncentracji klasycznych składników bazowych, jakimi są przecież piżma, Clair de Musc może też świetnie nadawać się do kombinacji z innymi perfumami, którym w ten sposób doda zmysłowej głębi i trwałości. Jakie to będą perfumy, to już wyłącznie kwestia naszej pomysłowości.

serge-lutens-clair-de-musc

 

główne nuty: bergamotka, neroli, irys, piżmo

perfumiarz: Serge Lutens/ Christopher Sheldrake

rok premiery: 2003

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0

Parfums de Marly: „Herod”, „Galloway” i „Oajan”.

Od dawna już przymierzałem się do umieszczenia wpisu na temat wybranych męskich pachnideł Parfums de Marly. W tym celu z koszyka z napisem Men-Unisex Fragrances wylosowałem trzy, poddałem je testom, a wyniki opisałem poniżej, porządkując recenzje wg mojej subiektywnej oceny atrakcyjności poszczególnych zapachów. Najlepsze więc umieściłem jako ostatnie… Zanim jednak o zapachach, kilka słów wstępu.

Parfums de Marly pierwsze perfumy zaprezentowało w 2009 roku. Od tego czasu pachnąca oferta paryskiego domu urosła do ponad dwudziestu pozycji, których nazwy pochodzą od imion koni wyścigowych hodowanych z pasją przez Ludwika XV. Wizerunki koni – inspirowanych sławną paryską rzeźbą The Marly Horses, wykonaną w 1743 roku przez Guillaume Coustou właśnie na zlecenie Ludwika XV – znajdują się na każdym flakonie Parfums de Marly. Marka stworzyła więc sobie historyczno-hippiczną otoczkę, na której wolałbym się jednak tu nie koncentrować. Warto natomiast dodać,  że lista płac Parfums de Marly zawiera same  znane nazwiska perfumiarskie, mi.in: Michele Saramito, Olivier Pescheux, Jacques Flori,  Sidonie Lancesseur, Nathalie Lorson czy Fabrice Pellegrin, które mogą, choć nie muszą, gwarantować co najmniej solidnego poziomu perfum.

marly-horses
The Marly Horses

Herod to słodkawe, waniliowo-cynamonowe pachnidło z deklarowaną, aczkolwiek prawie niemożliwą do wykrycia nutą tytoniu. Zapach jest trochę w stylu Tobacco Vanille, ale nie jest tak wyrazisty, jak bestseller Toma Forda. Herod jest mniej ciekawy, a już na pewno mniej spektakularny. Początek pachnie jak tytoń aromatyzowany śliwką. Owocowa nutka szybko jednak cichnie i – choć jeszcze przez jakiś czas obecna – zdominowana zostaje słodkim aromatem cynamonu. Zapach staje się więc przede wszystkim słodki, a przy tym jednowymiarowy. Nie czynię z tego zarzutu, bo czasem właśnie dobrze jest, gdy pachnidło nie wykonuje żadnych nieprzewidzianych wolt, tylko pachnie długo, konkretnie i na temat. I tak jest w przypadku Heroda, który kończy dość nijaka waniliowa baza. Trochę szkoda, że nie czuję tu tytoniu. Mógłby dodać całości charakteru. A tak mamy oto zupełnie poprawne, ale mało porywające męskie pachnidło., które ma poważną konkurencję.

pdm-herod

nuty głowy: cynamon, drewno pieprzowe

nuty serca : osmantus, tytoń, labdanum, kadzidło

nuty bazy: wanilia, cedr, wetyweria, paczula, iso e super, cypriol, piżmo

perfumiarz:  Olivier Pescheux

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 4

 

Galloway to zdecydowanie świeższy, ale i także ciekawszy zapach, w którym początkowo, prócz delikatnego pieprzu, czuję sporą dawkę białych piżm, z gatunku tych przypominających woń rozgrzanego żelazka (jeżeli można tak to określić). Dość szybko miejsce pieprzu zajmuje detergentowy akord z wiodąca nutą kwiatu pomarańczy, spod którego emituje syntetyczna ambrowo-piżmowa baza. Ten etap kojarzy mi się z Fierce A&F, aczkolwiek… ta mieszanka aromatu detergentowej świeżości z potężna dawką białych piżm i molekuł ambro-podobnych (podejrzewam głównie Ambroxan) skutkuje owszem miłym dla nosa, aczkolwiek miałkim i bardzo banalnym aromatem, przy który nawet wspomniany Fierce wypada – moim daniem – po prostu lepiej. Z czasem woń ta zmienia się, tracąc nutę kwiatu pomarańczy i staje się coraz bardziej syntetycznie ambrowo-piżmowa, a na samym końcu nawet sucho-drzewna. Nie wiem, jaki składnik gra tu kluczową rolę (coś „cedro-podobnego”?), ale finisz Galloway jest po prostu sucho-rdzewny i więcej niż trwały. Na skórze potrafi się odezwać, gdy już sądzimy, że Galloway zupełnie przestał pachnieć, a na papierku testowym siedzi – i to całkiem głośno – przez kilka dni!

Galloway to taki „biuro-przyjazny” męski crowd pleaser o mainstreamowej jakości i grzecznej mocy. Jeśli zabrzmiało to pejoratywnie, to nie było to moim zamiarem. Po prostu warto wiedzieć, że sięgając po Galloway dostaniemy dobre, bezpieczne, przyjemne i zmieniające się w czasie męskie pachnidło, w którym jest i detergentowa nuta świeżo upranej (i nawet wyprasowanej) koszuli, ostrożnie użyty kwiat pomarańczy i mocny, męski drzewny finisz. Ale nic ponad to. Średnio.

Internetowi entuzjaści przyrównują Galloway do bardzo przez nich cenionego Lalique White. Niestety, nie mogę potwierdzić, ani też zaprzeczyć temu porównaniu, gdyż (wstyd!) dotąd nie poznałem Lalique White! Czas pewnie nadrobić tę zaległość, choć to nie jedyna…

parfums-de-marly-galloway

nuty głowy:  cytrusy, pieprz

nuty serca : irys, kwiat pomarańczy

nuty bazy: ambra, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 3,0 / projekcja: 4 / trwałość: 4,5

 

Oajan należy do bardziej ekskluzywnego cyklu Arabian Breed Collection. To pachnidło z gatunku słodko-przyprawowych, w którym nutę cynamonu połączono z miodem, benzoesem, labdanum, ambrą, paczulą i wanilią w jedną naprawdę sporej urody całość. Spokojnie można go nazwać ulepszoną wersją Heroda, z mniejszą dawką wanilii, a większą – cynamonu i poprawionymi „parametrami użytkowymi”. Bardzo ważną rolę odgrywa też z umiarem zadozowana tonka, przydająca całości kulinarnej zmysłowości. Zapach idealnie nadaje się na zimne pory roku, pięknie otula, wręcz ogrzewa i jest bardzo przyjazny, a jednocześnie zdecydowany. Choć jego temat rzeczywiście wydaje się być znajomy, to obiektywnie muszę przyznać, że jakość i parametry Oajan nie pozostawiają nic do życzenia i wyróżniają się mocno na plus w porównaniu do Heroda czy Gallowaya. Zapach jest trwały i mocny, przyjemnie snuje się za noszącym. Nosi się go z dużą przyjemnością.

Co przypomina mi Oajan? A choćby Odin Semma oraz klasyczne już Burberry London for Men. Oczywiście wiem, że oba zawierają nutę tytoniu, której w Oajan nie ma (ani w opisie, ani w tym, co czuję), lecz mi to zupełnie nie przeszkadza. Co więcej, zapach Parfums de Marly wypada pośród nich najlepiej. To także zdecydowanie najlepszy z prezentowanej w tym wpisie trójki. Pozwala domniemać, że także i pozostałe zapachy z kolekcji Arabian Breed prezentują się równie solidnie.

 

pdm-oajan

nuty głowy: cynamon, miód, osmantus

nuty serca : bylica, benzoes, labdanum, szara ambra

nuty bazy: tonka, paczula, wanilia, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / oryginalność: 2,0 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

 

Jak podsumować opisane wyżej męskie zapachy Parfums de Marly? Nie jest to z pewnością perfumeria niszowa. Nie są to też pachnidła „górnych lotów”. Bezpieczne, bezpretensjonalne, łatwe w noszeniu i przyjazne dla otoczenia, ładne, ale… bardzo wtórne. No i jeszcze ta dęta i pretensjonalna „historia marki”, która moim zdaniem wcale jej nie pomaga… Chyba, że jako wabik dla niezorientowanych klientów z grubym portfelem. Właśnie. Portfel. Wg mnie Parfums de Marly „boksuje powyżej swojej wagi”. Także w kwestii ceny, która w stosunku do treści i jakości wydaje się być zbyt wygórowana. Na tej półce cenowej z pewnością znajdziemy dziesiątki lepszych pachnideł. Wystarczy poszukać…

 

Letnie orzeźwienie (6) – marine scents: Creed „Erolfa” i Mancera „Wave Musk”

Co to są perfumy morskie? Co oznacza marine scent? To zapach nie tylko zawierający konkretne nuty kojarzące się z oceanem i jego otoczeniem (a więc przede wszystkim nutę słonej wody, pełnego jodu powietrza, plażowego piasku, oblewanych morską pianą kamieni, nagrzanej słońcem skóry, rosnących wokół roślin, często iglaków), ale raczej przede wszystkim zapach jako całość tworzący morską aurę, morski krajobraz wyczarowany za pomocą pachnących molekuł. Przykłady współczesnych perfum morskich znajdziemy niemal wyłącznie w tzw. niszy – Sel Marin Heeley, Aria Di Mare Il Profvmo, Olivier Durbano Turquoise, by wymienić kilka. Ich wysublimowany i wyrafinowany charakter czyni z nich autentyczne perfumy niszowe o raczej wąskiej publice. Marine nie jest dziś w modzie. Ale moda ma to do siebie, że lubi wracać. Czekamy zatem…

W tzw. międzyczasie więc zestawienie dwóch pachnideł morskich z różnych czasów: creedowski klasyk Erolfa (1992) oraz współczesny Wave Musk (2011) marki Mancera. Oba zadecydowanie zasługują na określenie marine scent.

seaside

Creed Erolfa

Erwin, Olivia, Fabienne, pierwsze dwie litery imion najbliższych dla perfumiarza Oliviera Creeda osób – jego syna, córki oraz żony, złożył się na tajemniczo brzmiącą nazwę jedynego w obszernej kolekcji Creeda pachnidła morskiego.

Patrząc na datę premiery Erolfa (1992), zapachowi należy się status jednego z pierwszych pachnideł morskich w historii perfumerii (megaseller Acqua Di Gio powstała cztery lata później). Bo o ile niezbędna w tamtych czasach dla uzyskania morskiego efektu molekuła Calone została w sposób wyrazisty po raz pierwszy szerzej zastosowana w słynnym New West for Him Aramis (1988), to jednak tamten zapach nie był jako całość pachnidłem stricte morskim. Podobnie było z Cool Water Davidoff (1989), który choć wodę ma w nazwie, a ocean w reklamie, to jednak jest i zawsze był pachnidłem aromatic fougere prezentującym inną popularną w tamtym czasie aromamolekułę – dihydromyrcenol, która w praktyce pachnie bardziej ziołowo i kwiatowo, aniżeli morsko czy wodnie. Cool Water pomyślany był jako dający orzeźwienie porównywalne do kąpieli w oceanie, ale nie próbował naśladować aromatów kojarzących się z morzem. Z kolei uważany za morski (poniekąd słusznie) Kenzo Pour Homme (1991) owszem zawiera morską nutę jodu, ale jako całość jest zapachem drzewnym z istotną rolą jodłowego balsamu, drewna sandałowego i mchu dębowego. To fenomenalne pachnidło miało być spójne z wymyślnym flakonem, przedstawiającym drzewo wygięte przez podmuch wiatru…

Erolfa jest na tle wymienionych pachnidłem do cna morskim, bardzo „na temat”. Nie znajdziemy tu wyszukanej konstrukcji, zaskakującej ewolucji, głębi czy przesadnego wyrafinowania. To po prostu bardzo morski zapach morski… bez zbędnych ozdobników. Akord głowy Erolfa praktycznie od razu przejawia wyraźną morską nutę, mimo obecności rześkich cytrusów i nut zielonych nut bazylii. Ziołowo-zielony rozmaryn i kolendra dobrze współgrają ze słonym, przepełnionym Calone morskim sercem. Czarny pieprz dobrze podbija morską słoność, a imbir nadaje jej mocy. Także kolendra zdaje się mocno wybijać w sercu. Akord morski osadzony jest na klasycznym drzewnym akordzie bazy stanowiącym mieszankę sandałowca i cedru. Natomiast to co czuję ja osobiście kilka godzin po użyciu w bazie to Cashmeran. Ambra i piżma w bardzo creedowskim stylu pogłębiają i utrwalają zapach. Mimo to trzyma się on skóry zaledwie kilka godzin, bardzo zresztą szybko traci na początkowo dużej wyrazistości. Erolfa ma bardzo dobry początek i morskie serce będące kwintesencją marine scent. Niestety baza jest mało przekonująca. Zapach troszkę zbyt ulotny, jak na mój gust. Coś jak polskie lato…

Creed Erolfa

nuty głowy: bergamotka, cytryna, kmin, bazylia, melon, rozmaryn, pomarańcza

nuty serca: kolendra, nuta morska, jaśmin, imbir, pieprz

nuty głębi: drewno sandałowe, cedr, ambra, piżmo

twórca: Olivier Creed

rok wprowadzenia: 1992

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Mancera Wave Musk

Także i w tym przypadku tytuł to swego rodzaju gra słów. Wave Musk bowiem to świeże i lekkie perfumy morskie z wyczuwalną dużą zawartością białych piżm, przydającą pachnidłu detergentowego, czystego charakteru i białej „barwy olfaktorycznej”. W oficjalnym spisie nut Mancera podaje więc nie tylko nuty soli morskiej, glonów czy dryfującego drewna, ale także – w bazie – wymienia „falę białych piżm„. Słusznie. Tę falę czuć wyraźnie. A na jej tle widać białą koszulę…

Daniel-Craig-Beach

Wave Musk pachnie bardziej współcześnie od Erolfa, co zrozmumiałe i naturalne. Jest też mniej jednoznacznie morski, choć niewątpliwie tworzy subtelną morską aurę, budzącą odległe skojarzenia z Kenzo Pour Homme, która – wraz z delikatną owocowością wstępu i czystością biało-piżmowej bazy – czyni z Wave Musk subtelne, choć wyczuwalne, „czyste” pachnidło wprost doskonałe na gorącą pogodę. Transparentna woń kwiatu pomarańczy umieszczona w sercu zapachu przydaje mu słonecznego ciepła, tworząc z Wave Musk perfumy radosne i bardzo pozytywnie nastrajające, a przy tym absolutnie uniseksowe.

Wave Musk to kolejna już testowana przez mnie propozycja marki Mancera, spokrewnionej z Montale. Muszę przyznać, że i tym razem mam jak najlepsze wrażenia.

Mancera wavemusk

nuty głowy: grejpfrut, czarna porzeczka, świeże zioła

nuty serca: nuta morska, napar z kwiatu pomarańczy, krystaliczna sól, dryfujące drewno

nuty głębi: glony, fala białych piżm

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 2011

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Letnie orzeźwienie (4) – Frederic Malle „Cologne Indelebile”

Niezawodny dotąd duet Frederica Malle i Dominique’a Ropiona tym razem „porwał się” na… kolońską. W ofercie Editions de Parfums oczywiście znajdziemy już zapachy o kolońskim charakterze. Myślę o Cologne Bigarade i Bigarade Concentree Jean-Claude’a Elleny oraz także – w pewnym stopniu – zeszłorocznym Eau de Magnolia Carlosa Benaima. Żaden z nich jednak nie pachnie tak klasycznie-kolońsko jak Cologne Indelebile. Panowie postawili bowiem na bardzo tradycyjne kolońskie składniki – bergamotkę, neroli i kwiat pomarańczy tworząc akord natychmiast rozpoznawalny, bowiem doskonale znany nawet tym, którzy perfumami się nie interesują. Celem duetu było jednak, by była to kolońska maksymalnie trwała (stąd nazwa – Indelebile znaczy tyle co permanentny). Dla maksymalnego utrwalenia kolońskiego zapachu, bez zmieniania jego charakteru, wybrano syntetyczne piżma, laboratoryjny produkt naszych czasów. I tyle. Całość w mistrzowski sposób zmieszał oczywiście Dominique Ropion lub raczej jego asystent 😉 Et voila!

Frederic Malle 2015
Frederic Malle, zdjęcie z http://www.bbook.com/

Sam początek zapachu jest bardzo soczysty i miękki. Zrównoważony akord złożony z cytrusów i neroli wiedzie prym nadając kompozycji klasyczną kolońską sygnaturę. Praktycznie od razu w bukiecie czuć lekko ostrą, chropawą nutę piżm, które w miarę upływu czasy zaznaczają się coraz wyraźniej, wraz z naturalnym słabnięciem akordu kolońskiego, z którego niemal do końca pozostaje nuta neroli. Zawartość piżm jest tu naprawdę znacząca, tak że śmiało możemy mówić od ich zamierzonym przedawkowaniu. Spełniają one swą funkcję, nadzwyczaj długo utrzymując przy życiu koloński akord. Choć oczywiście nie każdy będzie w stanie zaakceptować tak olbrzymi ich ładunek w zapachu.

neroli bergamot

Cologne Indelebile to kolońska prosta w konstrukcji, a przez to odległa od współczesnych rozbudowanych formuł Cologne Etat Libre d’Orange, Neroli Portofino (do której bywa porównywana) czy Mandarino di Amalfi Toma Forda. Zdecydowanie też bardziej tradycyjna w swym charakterze od modernistycznych kolońskich Jean Claude’a Elleny, które ten stworzył dla Hermesa. Szczerze mówiąc najbliżej jej chyba to absolutnego klasyka, czyli 4711 Original Eau de Cologne (Kölnische Wasser). Cologne Indelebile wyróżnia się wyczuwalną doskonałą jakością składników oraz – zgodnie z zamiarami autorów – ponadprzeciętną w tym gatunku zapachowym trwałością, sięgająca około 7-8 godzin, przy czym tak naprawdę ostatnie kwadranse to już głównie zapach bazowych piżm z wciąż wyczuwalnym kolońskim śladem. Zapach przez większość czasu (poza pierwszą godziną) zachowuje subtelną aczkolwiek wyczuwalną projekcję.

Dominique Ropion 2
Dominique Ropion, zdjęcie z http://graindemusc.blogspot.com/

Frederic Malle określa Dominique’a Ropiona jako jednego z najbardziej zaawansowanych technicznie znanych mu perfumiarzy. Przy okazji tej kolońskiej musiał on wykazać się umiejętnością maksymalnego utrwalenia kolońskiego akordu bez zmiany jego charakteru. Jak już wiemy, udało mu się to. Cologne Indelebile urzeka więc nie tylko naturalną świeżością i urodą kolońskiego akordu, ale również zadowala jego długotrwałością. O ile bowiem pięknych kolońskich powstaje ostatnio sporo, o tyle taka trwałość na skórze czyni z Cologne Indelebile prawdziwy ewenement, na równi z Neroli Portofino Toma Forda.

malle cologne idelebile

nuty głowy: bergamotka, cytryna

nuty serca: narcyz, kwiat pomarańczy, neroli

nuty głębi: piżmo

twórca: Dominique Ropion

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****