Etat Libre d’Orange „Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”- perfumy intelektualne

Każdy z nas rzuca cień, nawet nocą w lesie. Możemy określać go jako naszego kompana, może być emanacją naszej duszy albo naszego ego. Możemy nadać mu imię, tak jak zrobił to bohater poematu Victora Hugo A quoi songeaient les deux cavaliers …:

„Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”, 

„Hermann po mej stronie wydawał się być cieniem”,

który stał się kanwą i inspiracją dla niezwykłych perfum. Bo perfumy to przecież także w pewnym sensie nasz cień, niewidzialny kompan, którego zabieramy ze sobą, na sobie, by nie czuć się samotni. Prowokujemy nimi, próbujemy na różne sposoby, testujemy granice swoje i otoczenia. O tym właśnie jest ten zapach. O poszukiwaniu swojego drugiego ja, o roli perfum jako elementu nas kreującego, o zapachu jako naszej masce. O olfaktorycznym cieniu, który za nami podąża.

eldo-hermann

Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre

to zapach zaiste niezwykły. Popełniony przez młodą gwiazdę perfumerii Quentina Bischa (autora m.in. świetnego La Fin du Monde ELdO, Angel Muse Thierry Mugler czy Swiss Army Rock) został zaprezentowany w 2015 roku i przeszedł – niestety – bez większego echa. Cóż, nie ma on wdzięku i komercyjnego potencjału Like This, brak mu hipnotycznej urody Eau de Protection, nie ma też skandalizującego charakteru Secretions Magnifiques, ale…

…podobnie jak fenomenalny La Fin du MondeHerman A Mes Cotes… jest pachnidłem koncepcyjnym, intelektualnym, przemyślanym, nowatorskim. Co ważne, istota perfum nie została tu zatracona w imię li tylko realizacji koncepcji. Dzięki temu, przy całym swoim wyrafinowaniu i niezwykłym intelektualnym podkładzie, Hermann to perfumy świetnie się noszące.

Oto potwierdzenie, że kreatywna perfumeria wciąż ma się świetnie, w dużej mierze dzięki młodemu pokoleniu perfumiarzy, z których część nie obawia się poszukiwać nowych środków wyrazu miast tworzyć kolejne kopie komercyjnych sukcesów starszych kolegów z branży. Quentin Bisch wciąż poszukuje i robi to z ogromnym wdziękiem. Facet ma po prostu niesamowity talent. Brak mu może zdolności autopromocyjnych, jakich aż nadto ma np. jego pokoleniowa rówieśniczka Cecile Zarokian. Jestem jednak przekonany, że o Bischu usłyszymy jeszcze wielokrotnie i to w jak najlepszym kontekście.

quentin bisch 2016

Quentin Bisch to wykształcony w szkole Givaudana zawodowy perfumiarz, który z ogromną zręcznością posługuje się wieloma syntetycznymi aroma-molekułami tworząc zupełnie nowe olfaktoryczne byty. Przypomnijmy, że w La Fin Du Monde z sukcesem połączył w „noszalne” perfumy woń irysa z akordem popcornu i nutą masła. Hermann… to równie doskonały przykład talentu Bischa, choć to zupełnie inne pachnidło. W jego formule znajdziemy pachnącą płatkami róży i piwonią, lekko owocową Petalię, ozonowe i melonowe Calypsone, pieprzowo-drzewne Pepperwood (o którym niedawno pisałem przy okazji fenomenalnego Black Pepper CdG) oraz pachnąca wilgotną ziemią po deszczu Geosminę, wreszcie zmysłowy piżmowo-ambrowy Ambroxan, niemal niezbędny składnik współczesnych perfum.

Charakter Hermann A Mes Cotes…, który w skrócie określiłbym jako wodno-mineralno-owocowo-kadzidlany klarownie odzwierciedla wspominanie nuty. Początek jest chłodny, jak woda z leśnego strumyka (połączenie pieprzu z Pepperwood i ozonu Calypsone) i owocowo-kwiatowy (duet czarnej porzeczki i róży – Petalia oraz melon z Calypsone i absolut z róży). W tle majaczy woń trochę ziemista, trochę owocowa, niczym leśna ściółka pełna jagód i jeżyn (Geosmina i paczula). Im głębiej w las, tym aromat robi się mniej owocowy a bardziej… suchy i mineralny. Zaczyna dominować coś, co opisałbym jako transparentne kadzidło olibanum, zupełnie wszakże pozbawione konotacji religijnych, mające za to aspekt mineralny. Na tym i tylko na tym etapie Hermann A Mes Cotes… przypomina mi inne perfumy: Turquoise Oliviera Durbano. Na finiszu ta nuta jest najwyraźniejsza. Inna niż zwykle. Chłodna, odrealniona. Niesamowita. Cały ten zapach jest przedziwny i niesamowity, trudny do opisania ze względu na brak klasycznych „punktów zaczepienia” typu cytrusy, jaśmin, róża, wetyweria, paczula, sandałowiec czy cedr.

Etienne-de-Swardt-portrait-officiel1.jpg
Etienne de Swardt

Hermann A Mes Cotes… to doskonały przykład perfumerii całkowicie abstrakcyjnej. W naturze nie znajdziemy takiego aromatu. Owszem, odnajdziemy jego elementy, ale nigdy w takiej konstelacji. To także przykład perfumerii intelektualnej i koncepcyjnej, u podstaw której stoi literacka i filozoficzna inspiracja.

Dorabianie ideologii do pachnącego płynu? Może. A może to dobrze, że nie zawsze chodzi o to, by jak najwięcej Kowalskich, Smithów i Mullerów kupiło coś w owczym pędzie, ekscytując się wyłącznie logiem znanego kreatora na flakonie, podnosząc sobie w ten sposób samoocenę i zwiększając w ten sposób ilość zer na koncie i tak już bogatych inwestorów branży beauty? Niechże perfumy powstają z najbardziej nawet elitarnych i wymyślnych inspiracji, niech perfumiarze będą artystami, niech realizują swoje najbardziej nawet oderwane od rzeczywistości wizje, nawet jeśli na końcu ktoś gdzieś po prostu polubi dany zapach i „tylko” dlatego będzie go używał, nie wnikając zupełnie w całą otoczkę.

Bo tak właśnie jest w tym przypadku. Mimo całej swej abstrakcyjności i koncepcyjności, mimo niewątpliwego artyzmu, mimo niezwykłej inspiracji i intrygującego przesłania, Hermann A Mes Cotes… to przede wszystkim perfumy przeznaczone do noszenia, a nie wyłącznie podziwiania. Mają wyraźną, raczej męską sygnaturę, wyrazistą projekcję, więcej niż dobrą trwałość. Subtelnie ewoluują na skórze – w sposób, który nie wywraca całości do góry nogami, tylko trwa nie pozwalając nam zapomnieć, o czym jest ten zapach. Koncepcyjnie są bardzo interesujące, unikatowe i frapujące, a użytkowo – świetnie zrobione. Oto pachnidło kreatywne – na miarę XXI wieku. Tandemowi Etienne de Swardt i Quentin Bisch po raz kolejny należą się słowa uznania.

ELDO hermann flakon.jpg

główne nuty: pączki czarnej porzeczki, czarny pieprz, galbanum, Calypsone, geosmina, kadzidło frankońskie, Pepperwood, Petalia, absolut różany, paczula, Ambroxan

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Maison Francis Kurkdjian „Petit Matin” i „Grand Soir”, czyli poranek i wieczór w Paryżu

Paryskie poranki i wieczory stały się dla Francisa Kurkdjiana inspiracją do stworzenia pary nowych pachnideł: Petit Matin i Grand Soir. Jak więc według artysty pachnie Paryż o poranku, a jak wieczorem?

mfk-paris-duo

Petit Matin…

…to lekki, świeży zapach cytrusowo-ziołowy o nowoczesnej bazie opartej na ambroxanie i białych piżmach, utrzymany w klimacie wcześniejszych zapachów Francisa Kurkdjiana: Cologne Pour le Matin i mojego ulubionego Absolue Pour le Matin. W przeciwieństwie jednak do Cologne, nie zawiera on w formule białego tymianku, a w porównaniu do Absolue nie ma też w nim fiołka ani neroli. Jest za to – co ciekawe – akord głogu. Bergamotka została natomiast zastąpiona cytrynowo pachnącą esencją z Litsea Cubeba.

Początek jest orzeźwiający i bardzo naturalny. Akord cytrusów z wyczuwalna w tle lawendą tworzy piękny, słoneczny klimat. W sercu cichną cytrusy, choć wciąż są obecne. Duet głogu i subtelnej lawendy kontynuuje świeżą opowieść. Finisz to subtelny skin-scent, wspomnienie akordu serca oparte na czystej piżmowej bazie i zmysłowym ambroxanie. Tyleż to ładne, perfekcyjne, ile już znane z innych dzieł perfumiarza. Piszę o tych szczegółach niejako z kronikarskiego obowiązku, gdyż tak naprawdę

Petit Matin wydaje się być kolejnym rozdziałem opowieści Francisa o świetle, poranku, promykach słońca zaglądających przez okno, białej pościeli i białej koszuli przywdziewanej po porannym prysznicu.

Francis Kurkdjian jak mało kto potrafi ubrać ten obraz i nastrój w pachnące molekuły i ten zapach jest na to kolejnym dowodem. Osobiście za to samo uwielbiam Absolue Pour le Matin, który jest stałą pozycją w mojej perfumowej garderobie, a który łączy w sobie bardzo podobną treść z większą wyrazistością i trwałością. Petit Matin jest pod względem parametrów bliższy Cologne Pour Le Matin i jako taki owszem podoba mi się, ale raczej nie ma szans na zdetronizowanie króla. To także ten mniej oryginalny z paryskiego duetu, choć bardzo przyjemny i bardzo w stylu Mistrza.

mfk-petit-matin

główne nuty:  cytryna, litsea cubeba, lawandyna (lawenda wielka), kwiat pomarańczy, akord głogu, piżmo, ambroxan

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 2,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

francis-kurkdjian-w

Grand Soir…

…jest eleganckim i zmysłowym pachnidłem orientalnym, z subtelną nutką kulinarną, w którym dominują ciepłe balsamiczne nuty labdanum i benzoesu połączone z tonka i wanilią. Mimo ciężkich składników, zapach jest nadspodziewanie lekki, bardzo dobrze zbalansowany i natychmiast przypada do gustu. W przeciwieństwie do Petit Matin i jego powinowactwa do duetu Pour le Matin, Grand Soir jest inny od Cologne Pour le Soir, a tym bardziej od gęstego, orientalnego, miodowego i lekko animalnego ambrowca Absolue Pour Le Soir, z którymi to zapachami Grand Soir łączy jedynie benzoes.

Grand Soir jest z pewnością bardziej Soir aniżeli Grand. Ładny, delikatny zapach wieczorowy, zdecydowanie uniseksowy (podobnie zresztą jak Petit Matin), projektujący raczej grzecznie i trwający na skórze dość długo jako subtelny, otulający, bezpieczny skin-scent.

Trudno tu wyróżnić któryś ze składników. Wszystkie współtworzą końcowy efekt. Grand Soir to bardzo „jednolity” zapach o minimalnej ewolucji. Początkowej świeżości nadaje mu lawenda, ale dość szybko do głosu dochodzi pogłębione benzoesem labdanum, którego zmysłowość wzmocniona została poprzez duet wanilii i tonki. Tak więc to, co czujemy na samym początku, jest mniej więcej tym, co będziemy czuli przez resztę czasu z uwzględnieniem stopniowego gaśnięcia zapachu i transformowania w kierunku bardziej ciepłym, otulającym, intrygującym i jakby niedopowiedzianym…

mfk-grand-soir

główne nuty:  lawenda, wanilia, benzoes, tonka, labdanum

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 4,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

Paryski duet zapachów Petit Matin i Grand Soir nie wnosi nic nowego do oferty MFK. Oba pachnidła są rozwinięciami koncepcji, z realizacji których artysta dał się już wcześniej poznać w ramach Maison Francis Kurkdjian. Przy okazji opisywania obu użyłem żargonowego określenia skin-scent. Nie bez przyczyny. Oba zapachy są dość delikatne, nieagresywne, bardzo grzeczne, nawet jak na standardy Francisa. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby perfumiarz miał już gotowe w szufladzie receptury wersji absolue lub forte obu zapachów. Ale mogę się mylić, wszak to artysta bardzo niepokorny…

Niemniej, ów zapachowy duet może okazać się wprost doskonałą pamiątką z wizyty w Mieście Światła. Według idei twórcy oba pachnidła są jak całodzienna wycieczka po Paryżu. Jeżeli więc chcemy zabrać ze sobą pachnąca cząstkę tego miasta, te pachnidła Kurkdjiana nadadzą się do tego wprost idealnie.  Jak zresztą każde inne pachnidło z oferty Maison Francis Kurkdjian, marki bardzo w swej idei i stylu paryskiej. Przecież nawet oryginalny kształt flakonu MFK powstał z inspiracji paryską architekturą, a specyficzny kolor zatyczek symbolizuje pokryte śniedzią dachy paryskich kamienic…

Ach ten Paryż!

 

PS. Oba pachnidła można przetestować i nabyć w perfumerii Quality Missala, która jest wyłącznym polskim przedstawicielem marki Maison Francis Kurkdjian.

Givenchy „Gentlemen Only” – dżentelmen naszych czasów

Gdy w 2013 roku Givenchy zaprezentował nowy męski zapach Gentlemen Only, obwieścił, że będzie to hołd złożony o 40 lat (!) starszemu Givenchy Gentleman (1974). To nawiązanie było dla mnie – przyznam – ruchem zaskakującym . Próbą ożywienia wciąż żywej przecież legendy, albo może raczej bardzo spóźnioną próbą zdyskontowania sukcesu klasyka (Gentleman nigdy wcześniej nie doczekał się żadnego flankera, aż tu nagle po 40 latach taka niespodzianka!). Ten cytrusowo-drzewny klasyk jest wciąż dostępny jest na półkach perfumerii, dzielnie stojąc na straży tego, co w perfumach było niegdyś wielkie i wspaniałe. Co ciekawe, jako jedne z zaledwie kilku, może kilkunastu męskich pachnideł z tamtej epoki wytrzymał próbę czasu. Nie bez przyczyny. Jest z pewnością jednym z najwspanialszych kiedykolwiek skomponowanych męskich pachnideł. Ponadczasowe i bardzo pięknie zrównoważone połączenie cytrusów, miodu, wetywerii, paczuli i mchu dębowego to prawdziwy kanon perfumerii, do którego wciąż chętnie nawiązują współczesne marki niszowe. Gentleman był z pewnością emanacją gustów i stylistyki tamtych czasów.  Jego estetyka tak mocno wpisała się w męskie gusta, przekazywane z ojca na syna, że zapach ten trwa do dziś. I niech trwa wiecznie, bo – jak ktoś kiedyś słusznie zauważył  – „trwa mać”.

givenchy-gentleman-perfume-edt

Obecny Gentlemen Only można śmiało nazwać reprezentatywnym przedstawicielem współczesnej męskiej estetyki perfumowej. I to jest moim zdaniem główna analogia pomiędzy klasyczną a współczesną wersją. Nie byłoby go jednak, gdyby nie YSL L’Homme (2006), w którym połączono zieloną nutę liścia fiołka z przyprawami i akordem ambrowym tworząc coś na kształt współczesnego wzorca męskiego akordu, wykorzystywanego, a wręcz nadużywanego od tego czasu dość powszechnie nie tylko w perfumerii, ale i w męskich kosmetykach. Z kolei nie byłoby L’Homme, gdyby nie Fahrenheit (1988). Ten zaś pewnie nie powstałby, gdyby nie Grey Flannel G. Beene (1975).  I tak wróciliśmy do lat 70-tych, gdy powstał klasyczny Gentleman. Tak się to w perfumerii wszystko łączy, a jedno wynika z drugiego…

Gentlemen Only ma wibrujący, pieprzowy, krótkotrwały początek. W chwilę po nim pojawia się zielona nuta liścia brzozy połączona z subtelnym muszkatem. Jest lekko słodko, lekko zielono i raczej delikatnie. Z czasem ujawnia się składnik łączący zapach ze swym starszym o 40 lat protoplastą – paczula. Choć nie tak wyraźna i nie tak ewidentna, to jednak odgrywa istotną rolę w budowie całości. Tak trwa to przez dłuższy czas, który można śmiało określić sercem zapachu. Trzeba przyznać, że jest to serce długotrwałe, a zapach początkowo jakby rozmyty, z czasem powoli nabiera wyrazistości. Bazowy akord ujawnia się dopiero po kilku godzinach i jest to przyjemna woń piżmowa połączona z lekko mydlaną, słodkawą nutą kadzidła, kompletnie pozbawioną jakichkolwiek konotacji religijnych (co oczywiste, gdy weźmiemy pod uwagę mainstreamowy, nastawiony na szeroką klientelę charakter tego pachnidła). Muszę przyznać, że ewolucja, jaką przechodzi Gentlmen Only na skórze oraz ten intrygujący, całkiem niebanalny finisz okazały się dla mnie miłym zaskoczeniem.

coolsty-givenchy-04-1400x700

Gentlemen Only jest skrojony na miarę współczesnego przeciętnego męskiego gustu. Ma przy tym przyzwoitą jakość. Cierpi jednak na brak oryginalności. Nie dla każdego będzie to wada. Ratuje go wszakże ciekawy, niesztampowy finisz, który skłonił mnie do dodania jednej gwiazdki w końcowej ocenie. 

Jednego jestem pewien – opisywanie tego zapachu przez pryzmat oficjalnego spisu nut/ składników mija się w tym przypadku z celem. Jeżeli nawet bowiem np. wetyweria czy cedr zostały tu użyte (a nie mam podstaw sądzić, że było inaczej), to wszystkie te ingrediencje budują główny, zielono-drzewny motyw przewodni, nie ujawniając się indywidualnie w sposób, do jakiego przyzwyczaiła nas perfumeria sprzed dekad (przecież paczulę, miód, mech dębu, wetywerię – wszystko to przy odrobinie wysiłku poczujemy w klasycznym Gentlemanie!). Oczywiście wiem, że paczula użyta w Gentlemen Only nie jest tą samą, pełnowymiarową paczulą z Gentleman. Podobnie jest z innymi składnikami, nierzadko będącymi efektem współczesnych wyrafinowanych laboratoryjnych metod pozyskiwania, o jakich nawet nie śniło się Paulow Legerowi, gdy pracował nad formułą oryginalnego Gentlemana.

givenchy gentlemen-only-bottlesjpg

Współczesne składniki perfumowe są oczyszczane z wszelkich potencjalnych alergenów i innych niechcianych substancji. Wiele z nich traci przez to swoje cechy charakterystyczne, ale jednocześnie daje się lepiej modelować przy pomocy innych składników. Innymi słowy – gdy kiedyś do formuły dodawano olejek paczulowy, wiadomo było , że „wyjdzie on na wierzch” i w którymś momencie zdominuje kompozycję, emitując charakterystyczne cechy swej naturalnej woni. Dziś esencję z paczuli można rozłożyć na kilka części w destylacji frakcyjnej, wykorzystać jedną (albo więcej) z nich i wymodelować ją przy pomocy innych ingrediencji, tworząc w ten sposób niespotykane dotąd akordy (świetnym przykładem Mistral Patchouli Atelier Cologne). Paczula taka odegra istotną rolę, ale nigdy nie ujawni się w sposób ewidentny, taki jaki znamy z przeszłości. Z jednej strony daje to współczesnym perfumiarzom nieograniczone możliwości twórcze, z drugiej paradoksalnie może powodować, że zapachy stają się do siebie podobne, gdyż pewne zbitki składników- akordy – dobrze przyjmują się wśród klientów i są eksploatowane do granic możliwości. Gentlemen Only wpisuje się w to zjawisko, będąc z jednej strony przyzwoitym współczesnymi męskimi perfumami, którym wszakże brak indywidualnego sznytu, gdyż podobne (co nie znaczy, że identyczne) aromaty znaleźć możemy w wielu zapachach innych marek.

Obliczony na zdobycie popularności Gentlemen Only ma wszelkie ku temu zadatki. Będzie je miał zresztą każdy podobny zapach, tak długo, jak długo przeciętny klient perfumerii sieciowej będzie kierował się wyłącznie tym co modne i „bezpieczne” i nie będzie poszukiwał czegoś, co podkreśli jego indywidualność i charakter. Taki to „masowy dżentelmen”. Ale chyba lepszy taki, niż żaden…

Givecnhy G Only

nuty głowy: zielona mandarynka, różowy pieprz, gałka muszkatołowa, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, wetyweria

nuty bazy: kadzidło, nuty zwierzęce

rok premiery: 2013

perfumiarz: Jean Jacques/ Francis Kurkdjian

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Wersja Gentlemen Only Intense weszła na rynek w 2014 roku. Jest w swej istocie kopią swego poprzednika z dodanym współczesnym akordem skórzanym i okrutnie już wyeksploatowaną ambrowo-tonkową bazą. Intense od początku prezentuje się bardziej zachęcająco, niż pierwowzór. Jest głębszy, bardziej zmysłowy. Innymi słowy – takie wieczorowe wcielenie dżentelmena. Ale i w tym przypadku nie ma mowy o oryginalności. Mało tego – uważam, że Intense jest nawet bardziej wtórny, niż pierwowzór, który przynajmniej zaskakuje intrygującą woltą z oklepanej drzewnej zieloności w kierunku zaskakującego i dość unikatowego mydlano-kadzidlanego finiszu. Intense – poprzez dodanie aspektu ambrowego – jeszcze bardziej zbliżył się do L’Homme YSL, a współcześnie ujęta nuta skórzana (w niczym nie przypominająca skóry znanej z klasyki perfum czy współczesnej niszy; innymi słowy wierzymy, że skóra jest, ale jej nie czujemy…) w połączeniu z przewodnią zieloną nutą liścia brzozy zbliża całość do Fahrenheit Parfum Diora. Z tym, że Dior pachnie klasę lepiej… Fakt, miłym akcentem okazała się dla mnie baza Intense, ale to z kolei poprzez jej spore podobieństwo do Prady i jej Amber Pour Homme Intense. Tak więc znów – nic oryginalnego. Całość zasługuje jednak obiektywnie na cztery gwiazdki, gdyż Gentlemen Only Intense jest zapachem pod każdym względem dobrym. Ale nic ponad to.

givenchy gentlemen-only intense

nuty głowy: zielona mandarynka, czarny pieprz, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, skóra

nuty bazy: tonka, ambra, kadzidło,

rok premiery: 2014

perfumiarz: Jean Jacques

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic-

Póki co Givenchy nie wprowadziło wersji Gentlemen L’Eau lub Fraiche, ale Casual Chic z 2015 roku praktycznie pełni taką rolę lżejszej, świeższej, letniej, casualowej wariacji nt. Gentlemen Only. Zapach jest wyraźnie mniej złożony, oszczędny w środkach wyrazu. Na uwagę zasługuje fakt, że świeżości nie przydano tu w sztampowy sposób –  wyłącznie cytrusami. Posłużono się za to całym zestawem wibrujących i świeżych w swej naturze nut przyprawowych. I tak w akordzie głowy znajdziemy energizującą niczym doskonałej jakości lemoniada mieszankę cytrusowo-pikantnego kardamonu, wibrującego, rześkiego jałowca i dominującego tu słodkawego i pikantnego zarazem imbiru. Ten pikantny i chłodny jednocześnie koktajl ma zdecydowanie odświeżający charakter i ładnie wprowadza motyw przewodni linii Gentlemen Only –  duet zielonego liścia brzozy i cedru, który tym razem więcej ma w sobie suchej drzewności, niż liściastej zieloności i jako całość jest mniej wyrazisty niż to było w obu poprzednich wersjach. Cedr – mimo że obecny we wszystkich opisywanych tu wcieleniach zapachu – tu ujawnia się najwyraźniej, dobrze łącząc się z jałowcem z otwarcia i drewnem sandałowym ulokowanym w bazie. Z czasem zapach staje się suchy i drzewny, dryfując w kierunku estetyki reprezentowanej przez Juniper Sling Penhaligon’s i jemu podobne jałowocowoambroxanowych mikstur. Słowem – bardzo na czasie. Casual Chic wypada na tle pozostałych wersji zupełnie poprawnie, choć w sumie najmniej spektakularnie. Mimo to warto – uważam – dać mu szansę.

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic bottle-

nuty głowy: kardamon, imbir, jałowiec

nuty serca: liść brzozy, cedr

nuty bazy: drewno sandałowe, Ambroxan

perfumiarz: Jean Jacques

rok premiery: 2015

moja ocena: 

zapach: ***/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Saga Gentlemen Only trwa w najlepsze. W bieżącym roku premier miały dwa kolejne flankery: zrywający z motywem przewodnim linii przyprawowo-orientalny Absolute  oraz lekki, zielono-miętowy Parisian Break. Jestem pewien, że to nie koniec…

 

Jacques Fath’s Essentials

Marka Jacques Fath jest znana głównie perfumowym afficionado, lubującym się w pachnidłach vintage. To za sprawą dwóch legendarnych zapachów: damskiego Iris Gris (1946) i męskiego Green Water (1947), które powstały jeszcze za życia twórcy marki, znanego po wojnie kreatora mody Jacquesa Fatha (zmarł w 1953 r). Zanim odszedł, zdążyli u niego terminować tacy designerzy, jak Huber de Givenchy czy Guy Laroche.

fath-jacques-1912-1954-createur-mode-francais2

Do 1957 roku firma kierowała wdowa do Jacquesie. Później na wiele lat zniknęła a z rynku aż do 1992 roku, gdy została reaktywowana przez France Luxury Group. Przy tej okazji  -w 1993 roku – reaktywowano sztandarowe Green Water, dostępne w różnych wariacjach flakonowych po dzień dzisiejszy. W 2016 roku nowi właściciele marki, firma Panouge, postanowili stworzyć zupełnie nową kolekcję czterech pachnideł po nazwą Fath’s Essentials, w której pojawiło się miejsce dla zupełnie nowej wersji klasyka Green Water. Skomponowanie ich powierzono perfumiarce Cecile Zarokian.

Fath

Cecile postanowiła w jak najwierniejszy sposób odtworzyć klasyka z jego pierwotnej wersji. Spędziła wiele czasu w Osmotheque (największe na świecie archiwum perfum) na zapoznawaniu się z przechowywanym tam pierwowzorem. Efekt jej pracy znalazł swoje zwieńczenie w Green Water Parfum.

cecile-zarokian-950x514 (1)

Green Water – po prostu zielona woda…

W przypadku tego zapachu zarówno jego nazwa, jak i barwa nie pozostawiają pola dla wyobraźni. Przekaz jest u bardzo prosty i bezpośredni. Oto… zapach zielony, który z pewnością przez lata służył perfumiarzom jako wzorzec.

Akord głowy to ładnie zbalansowany akord złożony z cytrusów, neroli oraz mięty (James Heeley musiał inspirować się Green Water, gdy komponował swoje Menthe Fraiche!). Subtelna ziołowość została tu wzmocniona pachnącym z natury nieco mentolowo estragonem, zaś bazylia w sercu przedłuża zieloność neroli. Ten zielono-ziołowy, świeży i rześki temat oparty został na bazie z wetywerii i mchu dębu, utrwalonej piżmami i akordem ambrowym. Zapach jest lekki, subtelny, ma raczej kolońską moc i taką też trwałość. Dość szybko znika ze skóry.

neroliMint

basiltarragon

oakmosswetiwer

Green Water to najbardziej tradycyjny z wszystkich czterech Fath’s Essentials. W sumie nic dziwnego, wszak jest to tak naprawdę reedycja zapachu skomponowanego 60 lat temu przez Vincenta Rouberta, dokonana przez Zarokian –  wedle oficjalnej informacji – z ogromną dbałością o wierność oryginałowi. Przyznam, że choć Green Water jest miły dla nosa i kompetentnie skomponowany, to jednak nie zachwycił mnie. Ot, przyjemny, lekki, świeży i dość szybko dający o sobie zapomnieć, do tego nietrwały.

Fath green

nuty głowy: neroli, bergamotka, mandarynka, pomarańcza

nuty serca: mięta, bazylia, estragon

nuty bazy: wetiwer, mech dębu, piżmo, szara ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Okazało się, że najlepsze zapachy w tej kolekcji to pozostałe trzy, których autorką od początku do końca jest Cecile Zarokian.

Vers Le Sud –  krajobraz południa 

Zapach w założeniu mający oddawać naturalne aromaty Korsyki i Toskanii. Sama koncepcja nie jest może oryginalna, ale za to pachnidło – wprost przeciwnie. Vers Le Sud zaskakuje oryginalną w swym brzmieniu mieszaniną nut cytrusowych i zieloności liścia figi, spryskanych pianą z morskiej wody i osadzoną na kawałku drewna, który dryfował po oceanie. W tym zapachu czuć już wyrazisty styl Zarokian, lubującej się w zestawianiu mocnych aromatów, tworzących w ten sposób charakterystyczne, sygnaturowe akordy. Intro to intensywny, intrygujący, niebanalny akord cytrusowo-zielony z mocno zakamuflowaną, ale „robiącą swoją robotę” lawendą, zza którego wyraźnie wybija się słonawa nutka morskiego „aerozolu”. Ta  nuta z czasem dominuje i trzyma się na skórze bardzo długo obok wyraźnej nuty zielonej. Całość finiszuje współczesnym akordem drzewnym na bazie Cashmeranu i Ambroxanu oraz mchu dębowego.

citruses

seefiguer

Vers Le Sud najbliżej jest do Bois Naufrage Parfumerie Generale i  Sel Marin James Heeley. Jest czymś na kształt połączenia tych dwóch zapachów z dodatkiem zielonej nuty liścia figi. Nie można jednak odmówić mu oryginalności. Przewyższa też oba wymienione intensywnością i trwałością. Zapach zdecydowanie wart uwagi, szczególnie że zbliża się lato, podczas którego może szczególnie dobrze korespondować z gorącą pogodą.

Fath Vers le Sud

nuty głowy: cytryna, lawenda

nuty serca: morska bryza, liście figi

nuty bazy: mech dębu, Ambroxan, Cashmeran

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Bel Ambre – piękna ambra

Bardzo zręcznie zrobiona współczesna kompozycja ambrowa z subtelnym intro z pieprzu, jagód jałowca i cytrusów. Początek jest więc wibrujący i świeży, aczkolwiek w tle od razu poczuć można wiodący akord skórzano-ambrowy oraz całkiem wyraźny wetiwer, który dodaje całości intrygującej, lekko korzennej drzewności, chroniąc Bel Ambre przed popadnięciem w ambrowe klisze i nadając mu nieco męskiego sznytu. Wraz z upływem czasu wzmacnia się woń skórzno-ambrowa, tyle że już bez wetywerii.

pepperjuniper

amberorris

Bel Ambre zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. Ma intrygujący charakter, dobrze układa się na skórze. Kto wie, czy nie stanie się moim drugim w kolejności ulubionym z całej czwórki po Curacao Bay, o którym poniżej.

Fath Bel Ambre

nuty głowy: cytrusy, jagody jałowca, czarny pieprz

nuty serca: kmin, irys

nuty bazy: skóra, drzewny wetiwer, ambra

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Curacao Bay

Od pierwszych testów podczas targów Esxence zdobył moje uznanie swą unikatowością i oryginalnym charakterem. Lubię zapachy wyraziste, o mocnej sygnaturze, jednocześnie wdzięczne w noszeniu. Przede wszystkim zaś cenię ich indywidualny charakter. Curacao Bay zdecydowanie wszystkie te cechy posiada. Otwiera się akordem morskim z dodatkiem cytrusów. W sercu jest morsko-kwiatowy (nuta frangipani), zaś w bazie najpierw dominuje coś na kształt cashmeranu. Później zaś naprzód wysuwa się nuta morska o nieco detergentowym, czystym charakterze, która utrwalona została najprawdziwszą szarą ambrą, zawierającą w sobie naturalnie nabytą nutkę morskiego jodu. Ten finalny akord trzyma się na skórze niemal dobę!

Curacao Bay to z pewnością najbardziej nowatorska z czterech Fath’s Essentials.

mandarinemarine

frangipanigrey amber

 

Fath curacao

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, szara ambra

nuty serca: nuta zwierzęca, akord Frangipani, nuta jodu

nuty bazy: ambra, piżmo

twórca: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Fath’s Essentials to perfekcyjne dzieło współczesnego designu, nie tylko perfumowego, ale i użytkowego. Na uwagę zasługuje elegancki i jednocześnie nowoczesny flakon z zamykaną na magnes zatyczką. Jego walcowaty kształt i bezbarwne szkło pozwalają cieszyć oko intensywnymi barwami poszczególnych pachnideł, doskonale dobranymi do ich charakteru. Wszystkie zapachy mają idealnie uniseksowy charakter. Odznaczają się przy tym oryginalnością, pozostając w pełni noszalnymi i po prostu bardzo ładnymi pachnidłami, z których jedno jest z założenia odtwórcze, pozostałe zaś trzy wyróżniają się wartą odnotowania kreatywnością. Wszystkie zaś cechuje bezsprzecznie wysoka jakość.

 

Maison Francis Kurkdjian „Baccarat Rouge 540”

Najnowsze pachnidło Francisa Kurkdjiana Baccarat Rouge 540 powstało tak naprawdę w 2014 roku, po tym jak słynny francuski producent kryształów Baccarat poprosił Francisa o stworzenie perfum, które uchwyciłyby charakter i ducha tej marki i uświetniły 250 rocznicę jej powstania.

ROUGE_540

W bieżącym roku Francis włączył je do oferty swojego domy perfumeryjnego Maison Francis Kurkdjian.

MFK Baccarat Rouge 540

Francis objaśnia, że oczywistą inspiracją dla jego stworzenia był kryształ, jego natura oraz rzemiosło potrzebne do jego stworzenia. Nazwa Rouge 540 nawiązuje do sztandarowego kryształu Baccarat, który pod wpływem domieszki pyłu 24-karatowego złota i kilkugodzinnego wygrzewania w temperaturze 540 stopni Celsjusza nabiera oryginalnej czerwonej barwy. Wg objaśnień perfumiarza (które uważam za bezprecedensowe, bowiem dotąd Kurkdjian niechętnie odsłaniał swoją twórczą „kuchnię”), podczas pracy bazował on na trzech elementach składających się na jego olfaktoryczną interpretację kryształu (składowych niezbędnych dla powstania kryształu): minerale, ogniu i sztuce rzemiosła. W sercu zapachu znajduje się więc akord mineralny, który Francis skomponowała m.in. z użyciem aromamolekuł Ambroxanu (syntetyczna nuta ambrowo-piżmowa) i Evernylu (aromat mchu dębowego). Akord ognia zbudował na bazie esencji z balsamu jodłowego i odrobiny szafranu, zaś zupełnie abstrakcyjną woń rzemiosła kryształowego oddał komponując akord głowy z użyciem jaśminu, pomarańczy i nogietka, który w założeniu miał zakamuflować woń alkoholowego nośnika perfum…To zresztą akurat mu się nie udało, gdyż testując Baccarat Rouge 540 zauważyłem, że jego pierwsze kilkadziesiąt sekund to jednak głównie woń alkoholu. Zaś całe pachnidło jest – przyznam – zaskakujące i zupełnie nie w stylu, do którego przyzwyczaił mnie Francis w ramach estetyki Maison FK.

Baccarat-crystal-chandelier-600x400

Przyznam, że mam wobec tego zapachu odczucia ambiwalentne… Bo gdy potraktować go jako karkołomną próbę oddania natury kryształu w postaci zapachu, jawi się jako intrygujące dzieło nowoczesnej perfumerii abstrakcyjnej. Gdy jednak na chwilę zapomnieć o inspiracji i całej tej kryształowej otoczce, okazuje się, że oto mamy do czynienia z kolejnym transparentnym, bardzo subtelnym, zapachem „duchem” w stylu anty-perfum Escentric 02/ Molecule 02 Escentric Molecules, Not A Perfume Juliette Has a Gun, L’Antimaterie Les Nez i wielu innych im podobnych. Naprawdę nie spodziewajmy się więc poczuć tu jaśmin czy pomarańczę. Te składniki jedynie subtelnie modelują całość, w której dominuje ambroxan, długo wyczuwalny jest też subtelnie pinenowo-mentolowy balsam jodłowy oraz odrobinka szafranu przydająca całości minimalnej słodkości.W bazie na przód wysuwa się sucha nutka cedrowa, która wieńczy dzieło. Całość jest bardzo subtelna, transparentna, aczkolwiek wyczuwalna i charakteryzuje się „iluzjonistyczną” projekcją (osobiście nie czułem pachnidła na sobie, ale otoczenie notowało dziwny, nietypowy zapach  emanujący wokół mnie).

Francis-Kurkdjian-Perfumer-43
źródło: Esquire.co.uk

Francis Kurkdjian przyzwyczaił mnie do tego, że pachnidła w jego luksusowej kolekcji Maison FK wyróżniają się intrygującymi, ale „poprawnymi politycznie” i wycyzelowanymi akordami, charakteryzują się nowoczesnością oraz doskonałą jakością składników i samych kompozycji. Są przy tym zwykle dość wyraziste i skoncentrowane, jednocześnie niezwykle wdzięczne w noszeniu. Nawet jeżeli mają z założenia subtelniejszy charakter (jak choćby Acqua Universalis czy Acqua Vitae), to ich woń jest – że tak to nazwę – „kompletna i namacalna”. Na ich tle Baccarat Rouge 540 jawi się jako zapachowy odmieniec. Jest inny, minimalistyczny, transparentny. Moi zdaniem niespójny z resztą pachnideł MFK, a przy tym niestety wtórny i – jak dla mnie – mało interesujący. Słowem – to najgorsze jak dotąd pachnidło tej marki. Dziwi mnie i jednocześnie nie dziwi, że Francis włączył go do swej oferty. Ma ono z pewnością spory potencjał komercyjny (o ile moda na anty-perfumy wciąż trwa, a tu pewności nie mam), no a poza tym może to przecież zwiastować niechybne pojawienie jego wersji ekskluzywnej w specjalnie zaprojektowanym kryształowym flakonie Baccarat w ciężkiej jak kryształowy żyrandol cenie… Wszak sam Francis twierdzi, że: „każdy dom perfumeryjny marzy o tym, by choć raz mieć flakon Baccarata!”.

Cóż, wypada uwierzyć mu na słowo. Francis na pewno wie, co mówi.

MFK Baccarat Rouge

nuty głowy: pomarańcza, jaśmin

nuty serca: szafran, Ambroxan

nuty bazy: balsam jodłowy, Evernyl, cedr

twórca: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2014/2016

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Geza Schön: cyniczny perfumiarz – outsider?

Przyznaje że jest niecierpliwy, leniwy i cyniczny. Dość nietypowe cechy jak na perfumiarza. Po części mogą one tłumaczyć jego zamiłowanie do krótkich formuł, które – wedle jego słów – są najatrakcyjniejsze i dają najlepsze, najbardziej spektakularne efekty zapachowe. W ustach twórcy, którego największym sukcesem komercyjnym są „perfumy” złożone z zaledwie jednej (!) aroma-molekuły, słowa te muszą brzmieć przekonująco…

GezaSchoen1

Geza Schön urodził się w niemieckim mieście Kassel. Jak twierdzi, w wieku 13 lat zaczął  kolekcjonować miniaturki męskich perfum i zapałał perfumową pasją do tego stopnia, że postanowił zostać perfumiarzem. Profesjonalne wykształcenie zdobył w perfumiarskiej szkole przy firmie Haarman & Reimer (obecnie Symrise). Później przez 12 lat pracował jako perfumiarz najemny, realizując zlecane projekty zapachowe (m.in. 3 pierwsze męskie pachnidła dla Clive’a Christiana). Po tym czasie – sfrustrowany korporacyjnym kierunkiem, w jakim zaczęła podążać jego firma, odszedł. Przeniósł się do Londynu, gdzie zrealizował swój pierwszy freelancerski projekt – Wode dla marki Boudicca. Dał w nim upust swojej wielkiej miłości do pewnej aromamolekuły, która kilka lat później miała uczynić go sławnym…

Freelancerski debiut czyli…

Wode (2001) to niezwykle oryginalne pachnidło, w którym perfumiarz połączył cytrusy, wibrujące nuty przyprawowe (kardamon, muszkat), esencję z jagód jałowca oraz zioła (szałwia, kolendra, arcydzięgiel) z akordem surowego opium oraz wyciągiem z trującej cykuty. Wszystko to osadził na żywicznej bazie i doprawił kastoreum. Jednak cichym bohaterem Wode jest Iso E Super użyta tutaj w ilości 65% (!), co zapewniło zapachowi migoczącą aurę, wibrację i mocną emanację. Powstało w dwóch wersjach – bezbarwnej i w kolorze niebieskim. Inspirowany farbą, jakiej do malowania barw wojennych używała Brytyjska Królowa Boudika, głęboki niebieski kolor perfum miał to siebie, że po kilku minutach znikał ze skóry, pozostawiając sam zapach. Pachnidło zostało zresztą bardzo oryginalnie zapakowane w puszkę – niczym farba w sprayu (z metalową kulką w środku do mieszania przez potrząsanie). Niedawno pojawiła się reedycja Wode w formie eau de parfum i nieco zmienionej formule i tradycyjnym prosty szklanym flakonie.

główne nuty: jałowiec, kardamon, arcydzięgiel, cykuta, akord opium, styrax, mech dębu, czystek, kastoreum

boudicca_wode_paint_1x1

Escentric Molecules czyli minimalizm doskonale skomercjalizowany

Naprawdę głośno zaczęło być o Schönie w 2006 roku, gdy przedstawił światu swoje pierwsze ekscentryczne molekuły (Escentric Molecules). Duet zapachów Escentric 01 i Molecule 01 (2006) narobił sporego zamieszania na rynku perfum niszowych i zdobył popularność, jakiej sam autor z pewnością się nie spodziewał. Owa tajemnicza „molekuła pierwsza” to nic innego jak wspomniane już Iso E Super – „konik” perfumiarza.

Iso E Super to aromamolekuła uzyskana w 1973 roku w laboratoriach International Flavors & Fragrances. Jest powszechnie  stosowana w perfumerii od wielu lat. Ten syntetyczny składnik zaliczany jest do ambrowo-drzewnych i posiada charakterystyczną, „transparentną”, drzewną woń. Spore ilości tej ingrediencji odnajdziemy m.in. w Fahrenheit Diora (25%), Declaration Cartiera (35%), Encre Noire Lalique (43%), Fierce for Men Abercrombie & Fitch (48%), Terre d’Hermes (55%).

Schön poszedł jeszcze dalej i w Escentric 01 użył aż 65% Iso E Super. Pozostałe składniki to esencja cytrynowa, różowy pieprz i irys (prawdopodobnie w formie molekuły alfa-ionone lub beta-ionone). Zapach jest z pewnością niecodzienny. Lekki, świeży, z początku pikantny, wibrujący molekułami, z wyczuwalnym z przodu pieprzem i trudnym do opisania aromatem magicznej molekuły Iso E Super w tle. By poznać ją naprawdę dobrze, wystarczy sięgnąć po Molecule 01, w którym zawartość Iso E Super sięga… 100%.

Geza Schön po latach wyznał, że zastosował tu oryginalną wersję Iso E Super produkcji IFF (International Flavors & Fragrances). Perfumiarz potwierdza, że dziś każdy producent aromamolekuł ma już w ofercie swoje Iso E Super, ale to od IFF nie ma sobie równych pod względem mocy i charakteru samego aromatu. (To może tłumaczyć frustrację domorosłych „perfumiarzy”, chcących zrobić sobie samemu tanim kosztem swój własne Molecule 01 na bazie nabytego Iso E Super niewiadomego pochodzenia, którym efekt końcowy nigdy do końca nie pachniał tak jak pierwowzór…).

Molecule 01 zdaje się na przemian subtelnie pachnieć i znikać z pola węchowego. Noszący może go nie czuć (powonienie dość szybko przyzwyczaja się do tego zapachu i przestaje go „zauważać”), ale otoczenie odbiera mocno promieniującą woń jako wyraźną i bardzo intrygującą. Molecule 01 zrobiło furorę nie tylko wśród poszukiwaczy perfumowych nowinek i z czasem stało się synonimem tzw. antyperfum (a także wzorcem do naśladownictwa). Bo choć pionierem tzw. antyzapachów na zawsze pozostanie Comme des Garcons, to jednak Geza Schön zapisał się już w historii perfum jako ten, który spopularyzował i rozpropagował modę na antyperfumy – właśnie poprzez duet Escentric 01 i Molecule 01.

esentric molecules

Dwa lata później Schön powtórzył manewr tym razem bazując na Ambroxie/ Ambroxanie – syntetycznej molekule zaliczanej wbrew nazwie do zapachów piżmowych, ale w istocie występującej także w naturalnej szarej ambrze i w największym stopniu odpowiadającej za piżmowy aspekt jej zapachu. Escentric 02 (2008) prócz Ambroxanu zawiera molekuły Muscone (piżmo), Hedione (jaśminopochodna), esencję bzu oraz nutę irysa. Molecule 02 (2008) to czysty Ambrox. Oba potwierdziły słuszność kierunku, jaki obrał perfumiarz. Rok 2010 przyniósł więc trzeci duet – Escentric 03 i Molecule 03 – tym razem bazujący na octanie wetiwerylu (vetiveryl acetate), który jest w istocie wonią wetiweru (vetiveryl) pozbawioną naturalnego gorzkiego aromatu. Molecule 03 to – konsekwentnie – wyłącznie owa molekuła, bez żadnych dodatków. Prawdziwy wetiwerowy koncentrat dla maniaków gatunku. Pachnący z początku nieco kwaśno, z czasem ulega subtelnej zmianie w kierunku jakby nieco pikantnego, żółto-zielonego, słomkowego wetiweru. Nuta znana mi choćby z Vetiver Guerlain jako ta ostatnia, która pozostaje na skórze, gdy wszystko inne już odparuje. Escentric 03 jest z kolei chyba najbardziej złożonym zapachem z całej ekscentrycznej linii i – obok wetiweru – zawiera dodatkowo imbir, zielony pieprz, limonkę, irys, jaśmin, nutę herbaty, drewno sandałowe, cedr, nutę skórzaną i piżmo.

GezaSchoen2

Inne ekscentryczne projekty 

Geza Schön deklaruje, że jest obecnie jedynym niezależnym profesjonalnym perfumiarzem do wynajęcia mieszkającym w Niemczech. Ma bardzo dobry nieformalny „układ” z International Flavors & Fragrances, gdzie zaopatruje się w składniki niezbędne do komponowania perfum. Dysponuje pełną wolnością, gdy chodzi o wybór projektów, w które się angażuje. A zwykle są to przedsięwzięcia co najmniej nietypowe, niezwykłe, awangardowe, tak jakby tradycyjna perfumeria Gezę nudziła…

The Beautiful Mind: Intelligence & Fantasy (2010) – zapach powstał we współpracy i z inspiracji mistrzynią sportów pamięciowych niejaką Christiane Stenger (jej twarz zdobi przód flakonu). Jest swoistym hołdem dla kobiecego intelektu. Jak twierdzi Schön „powstał on, by przypominać nam, że kobieta inteligentna jest sexy.” To zapachowo tereny dużo „bezpieczniejsze” niż wszystko, co dotąd w tym artykule opisałem. Nuty cytrusów, różowego pieprzu, osmatnusa, frezji, róży i gardenii, połączono z drzewno-piżmową bazą i cashmeranem. Geza Schön wspomina o unikatowym zastosowaniu absolutu z gardenii pochodzącej z Tahiti (ang. tiare flower). Urocza, śliczna kompozycja kwiatowa o delikatnym odcieniu owocowym, kompletnie inna od tradycyjnie pojmowanej w perfumach kwiatowości (co chyba w przypadku Gezy nie zaskakuje). To najładniejsze perfumy Schöna, jakie dotąd poznałem. Myślę że nieco bardziej odpowiednie dla kobiet, choć przyznam, że ja sam z wielką przyjemnością je od czasu do czasu noszę.

główne nuty: pączki magnolii, bergamotka, mandarynka, Schinus peruwiański, frezja, osmantus, róża, hedione, absolut z tahitańskiej gardenii, cedr, sandałowiec, piżmo, cashmeran

The Beautiful Mind Geza

Kinski (2011) – te perfumy powstały dla uczczenia dwudziestej rocznicy śmierci wybitnego niemieckiego aktora Klausa Kinskiego. Ta kontrowersyjna postać zainspirowała Schöna do skomponowania osobliwego, zdecydowanie męskiego pachnidła, w którym znajdziemy w nich m.in. intensywny, wiodący akord marihuany, nuty czarnej porzeczki, gałki muszkatołowej, jagód jałowca oraz kastoreum mające odzwierciedlać dziką, zwierzęcą naturę aktora. Prócz tego wyraźną rolę gra tu wetiwer połączony z cedrem, paczulą, styraxem, mchem i ambrą. Wymieniane są też nuty kwiatowe, lecz zdecydowanie giną one w zielono-dymnej, aromatycznej dominancie Kinski’ego. W fazie bazy (po kilkunastu godzinach) woń jest dużo świeższa, bardziej lekka, nieco nawet mydlana, bez wątpienia intrygująca. Kinski pachnie dość odważnie jak na obecne standardy i nieco melancholijnie. Momentami przypomina mi aromatyczne mszyste pachnidła z przeszłości w typie Quorum Antonio Puig czy Xeryus Givenchy.

główne nuty: liść czarnej porzeczki, jałowiec, kastoreum, akord marihuany, magnolia, róża, benzoes, cedr, paczula, czystek, imbir, piżmo, mech, szara ambra

kinski edt

Paper Passion (2012) – „perfumy dla miłośników książek” to pod każdym względem wyjątkowy projekt stworzony we współpracy z Karlem Lagerfeldem dla magazynu Wallpaper oraz niemieckiego wydawnictwa książkowego Steidl. W założeniu miały oddawać woń świeżo wydrukowanej książki tego właśnie wydawcy, słynącego z doskonałej graficznej jakości swych wydawnictw. Połączenie woni bitumicznej farby drukarskiej z papierem produkcji Hahnemühle i używanymi do drukowania ilustracji farbami roślinnymi… Przyznam, że to jeden z najdziwniejszych i jak dla mnie najtrudniejszych zapachów, jakie miałem okazję poznać. Prawdopodobnie w wyniku nie najlepszych skojarzeń , jakie mam gdy go wącham. A takie skojarzenia potrafią „położyć” zapach… Paper Passion rozpoczyna się bardzo intensywną, odrzucającą, chemiczną nutą, która kojarzy mi się z …. uwaga… zepsutym drobiowym mięsem (!). Te skojarzenia na szczęście ustępują w miarę, jak zapach osiada na skórze, choć nie zmienia się jakoś wyraźnie, prócz naturalnej utraty ostrości. Jest bardzo, ale to bardzo… osobliwy. Czy pachnie jak świeżo wydrukowana książka Steidla? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że jest jednym z naprawdę niewielu zapachów, których nie zdecydowałbym się używać. Moim zdaniem to eksperyment, który poszedł jednak trochę za daleko… Rzecz dla poszukiwaczy mocno nietypowych wrażeń zapachowych.

główne nuty: farba drukarska, papier, tusz

07_paper_passion

Paper Passion Geza Schoen

Geza Schön popełnił także trzy świetne pachnidła dla Thorstena Biehla i jego Biehl Parfumkunstwerke (gs01, gs02, gs03) oraz skomponował wszystkie perfumy dla Lindy Pinkington i jej Ormonde Jayne. Obecnie pracuje nad drugą częścią cyklu The Beautiful Mind oraz nad nowymi zapachami serii Escentric Molecules. Nie zdradza jednak, które molekuły zaprzęgnie do swego projektu tym razem. Cóż, poczekamy – powąchamy.

*    *    *

Perfumiarz chętnie i otwarcie opowiada o kulisach swojej pracy oraz perfumowej branży i biznesu. Poniżej kilka interesujących wypowiedzi pochodzących z wywiadu, jakiego udzielił on niemieckiemu portalowi Parfumo.de:

O pracy na zlecenie znanych marek:

Poza kilkoma wyjątkami marki nie mają ani pomysłu na perfumy, ani pojęcia o nich. Wykonują bezsensowne telefony, a my przedstawiamy im pierwszą próbę. Zwykle nie ma w niej nic oryginalnego. Bierzemy po prostu jakiś już istniejący i dobrze się sprzedający zapach, troszeczkę go zmieniamy. Zresztą zwykle nie ma czasu na popracowanie nad czymś kompletnie nowym, bo jest presja czasu i limit kosztowy. Reakcja zleceniodawcy na przedstawiony zapach to zwykle „tak” lub „nie”, nic rzeczowego. 

O niektórych perfumowych markach luksusowych:

Wszystko co związane z produktem – reklamy, profil marki, szczególnie cena sprzedaży, strategia sprzedaży i marketing są zupełnie oddzielone od tego, co faktycznie zawiera flakon. Jedno zwykle nie ma związku z drugim. Prezentacja jest ważniejsza od zawartości. Stwarza się wrażenie obcowania z czymś wysokim i szlachetnym, czymś specjalnym. To powszechna praktyka – liczy się styl i zamieszanie, a końcowy rezultat to złudzenie luksusu.

O zapachach które stworzył dla Clive’a Christiana jeszcze za czasów pracy w Haarman and Reimer:

Było tak jak w przypadku większości kontraktów. Gdy pani od marketingu wpadła do laboratorium, byłem w nim ja oraz Patricia Choux. Powiedziała „mamy nową markę i potrzebujemy na szybko sześć zapachów, nie ważne jakich, byle nie były zbyt drogie w produkcji”. Więc podzieliliśmy się pracą i każde przygotowało po trzy zapachy. 

O współpracy z Lindą Pinkington nad zapachami Ormonde Jayne:

Prawdziwa przyjemność. Świetna współpraca i  brak limitów kosztowych w kwestiach składników.

O pracy z Thorstene Biehlem nad zapachami dla Biehl Pafumkunstwerke:

Stały najwyższy poziom jakości zapachów. Doskonałe warunki pracy i pełna wolność twórcza. Perfumiarz w centrum uwagi.

O swoim stylu pracy: Szybki i dążący wprost do celu.

O swoim stylu perfumowym: Zmysłowy, transparentny i drzewny. Świeży i balsamiczny.

O Molecule 01, 02, 03:

To nie są perfumy! Nigdy nie twierdziłem że to maja być perfumy. Perfumy to coś innego. Kontrastem do nich są pojedyncze substancje zapachowe w butelkach. Istnieje pewne nieporozumienie, że jeżeli jest płyn w butelce z atomizerem, to muszą to być perfumy. Gdy Molecule 01 pojawiło się na rynku, było prawdziwym hitem. Uwielbiam Iso E Super. Jest tak złożony. Więc zabutelkowałem je. Całe zamieszanie wokół tego zapachu wytworzyło się już później – na rynku. 

O Escentric Molecules:

Escentric 01 to moja wizja perfum zmysłowych. Escentric 02 jest z kolei zapachem niezwykle świeżym i trwałym. Escentric 03 to moja wizja wetiwerowego zapachu przyprawowo-drzewnego, a jednocześnie świeżego.

O tym czy będą kolejne numery Ekscentrycznych Molekuł:

Tak. Jest wciąż jeszcze kilka, nad którymi pracuję.

O tym czy planuje stworzyć zapach z nutą oudu:

Nie! Oud nie należy do europejskiego perfumowego kontekstu. Dla naszych nosów pachnie raczej beznadziejnie, pachnie stęchło i ciężko, zwierzęco. Krótko mówiąc: śmierdzi. 

O tym czy perfumeria jest sztuką?

Raczej nie. To zbyt wielkie słowo. Wolę: rzemiosło.

O tym jakie znane perfumy uważa za bardzo złe:

Womanity Thierry Muglera i długo długo nic. To póki co najgorszy zapach. Rybny w paskudny sposób.

O tym która marka perfumowa funkcjonuje w jego ocenie prawidłowo:

Hermes robi obecnie niemal wszystko jak należy. Od kiedy zatrudnili Jean-Claude’a Ellenę na stanowisku perfumiarza, niemal wszystkie propozycje Hermesa są oryginalne i bardzo dobre. Jeszcze kilka lat temu to samo było z Comme des Garcons. CdG 2 EDP Marka Buxtona jest dla mnie jednym z ich najlepszych zapachów. Niestety ostatnio zeszli z kursu poprzez wypuszczanie zbyt wielu serii zapachów w zbyt krótkim czasie i tym samym obniżyli loty w aspekcie stylu i jakości.

 

 

Prada „Luna Rossa”

Perfumy Prady z pewnością pozytywnie wyróżniają się na tle propozycji innych designerów, co jest zasługą głównie niezwykle utalentowanej perfumiarki – Danieli Andrier, ale także i doskonałego gustu dyrektorki kreatywnej marki –  Miucci Prady, wnuczki założyciela firmy. Zapachowa oferta Prady przeznaczona dla męskiej klienteli, choć niewielka, jest zdecydowanie warta uwagi, bowiem oferuje  produkty oryginalne, nowatorskie i zachowujące doskonałą jakość zarówno samych perfum, jak i ich opakowania (zarówno gustowne, nowoczesne i bardzo solidnie zrobione flakony, jak i wykonane z wysokiej jakości materiałów kartoniki).

Daniela-Andrier-

Już pierwsze męskie pachnidło Prada Man z 2006 roku (przechrzczone później na Prada Amber Pour Homme) nie może pozostawiać obojętnym swą gęstą, słodkawą, mydlaną, przyprawowo-balsamiczną naturą. W dwa lata młodszym Infusion d’Homme ta mydlana świeżość nabrała lżejszej i śnieżnobiałej barwy, a złożony głównie z neroli, irysa, benzoesu i wetywerii zapach– stał się jednym z najbardziej oryginalnych i rozpoznawalnych pachnideł męskich XXI wieku. W 2010 roku pojawiła się kolejna męska infuzja, Infusion de Vetiver, w którym Andrier udowodniła, że wciąż można w sposób nowatorski przedstawić zielono-korzenną woń wetywerii, zestawiając ją estragonem i imbirem w zaskakująco kulinarną, wibrująca mieszankęWreszcie rok 2011 przyniósł Amber PH Intense –  zmysłowe, wieczorowe, gęste od żywic, paczuli i wanilii pachnidło orientalne. Wszystkie te zapachy łączy jedna cecha – są wyraziste i trwałe oraz mocno zaznaczają swą obecność – co zresztą dla mnie zawsze było ich atutem. Można więc powiedzieć, że w ofercie Prady brakowało dotąd męskiego zapachu, który przypadłby do gustu szerszej rzeszy klientów ceniących wonie subtelniejsze i cichsze.

ambrette seeds

Odpowiedzią na to zapotrzebowanie wydaje się być przedstawiona w zeszłym roku Luna Rossa, płynąca zresztą na fali trendu preferującego zapachy ciche, nieskomplikowane, jakby szepczące w tle (dobre przykłady z ostatniego czasu to Marc Jacobs BANG!, Penhaligon’s Juniper Sling, Parfums Divine L’Homme Infini, a wcześniej Serge Sutens L’Eau). Ewidentnie nieskomplikowana formuła Luna Rossa oparta na syntetycznej molekule piżmowej Ambroxan, która przedłuża i pogłębia piżmowy efekt uzyskany z ziarna Piżmianu właściwego (zwanego także ketmią piżmową (ang. ambrette)), czyli roślinki, z której ziarenek uzyskuje się wonną substancję o wybitnie piżmowym charakterze. Ta cicha, ciepła, czysta, pachnąca prasowanym prześcieradłem baza Luna Rossa nadbudowana została subtelnie ziołowym sercem (szałwia plus mięta w ilościach niemal niewyczuwalnych), które jest przedłużeniem akordu głowy, w którym to z kolei – podobno – umieszczono pomarańczę (choć pachnie mi to raczej kwiatem pomarańczy, aniżeli olejkiem z jej skórki) i lawendę (jeśli tak, to raczej jakiś jej mało charakterystyczny, nieziołowy izolat). Otwarcie pachnie więc świeżo, ale jednocześnie słodkawo, jakby migdałowo, a przede wszystkim – no właśnie – czysto nieco mydlany sposób. Mimo więc subtelnej i prostej natury Luna Rossa, Daniela Andrier nie zapomniała o uwzględnieniu w niej charakterystycznej pradowskiej nutki mydlanej czystości. Taki zabieg, wpływający na integralność zapachowej oferty marki, jest niewątpliwie dowodem kunsztu i wirtuozerii perfumiarki oraz spójnej wizji tego, czym mają być męskie perfumy Prady. Dla jasności dodam, że – wbrew temu, co można znaleźć na forach i w serwisach poświęconych perfumom – moim zdaniem Luna Rossa dużo więcej zawdzięcza oryginalnemu Prada Man, aniżeli Infusion d’Homme.

Jaka jest więc Luna Rossa? Cóż… Nie można odmówić jej swoistego uroku, uniwersalności i – ogólnie rzecz biorąc – przyjemnego charakteru. Jej subtelność będzie dla jednych wadą, dla innych zaś zaletą. Ja – zaliczając się raczej do tych pierwszych – pozostanę jednak przy fenomenalnym Infusion d’Homme…

PRADA-LUNA-ROSSA

nuty głowy: pomarańcza, lawenda

nuty serca: szałwia, mięta

nuty bazy: ziarno ambrette (ketmia piżmowa), ambroxan

twórca: Daniela Andrier

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

  • zapach: niezły
  • projekcja: początkowo średnia, w sercu i bazie subtelna
  • trwałość: 6-7 godzin