Eutopie Parfumes – nisza made in France

Eutopie Parfumes to młoda francuska marka niszowa utworzona w 2011 roku i prowadzona przez Elodie Pollet – weterankę branży dóbr luksusowych, w tym perfum. Pollet lubi podróżować, mieszkała już w wielu miejscach na świecie. Jej obserwacje podróżnicze oraz doświadczenia życiowe i branżowe znalazły wyraźne odzwierciedlenie w pachnidłach Eutopie, które tworzy wraz z profesjonalnymi francuskimi perfumiarzami. Perfumy ponumerowane zostały od 1 do – póki co – 10, z pominięciem, rzecz jasna, piątki, która jako nazwa perfum zarezerwowana jest przez Chanel…Każda kompozycja zainspirowana została innym miejscem, przy czym te o numerach 7, 8 i 9 poświęcono paryskim ogrodom. Warto wspomnieć, że marka został uhonorowana w 2012 roku w Paryżu nagrodą European Beauty Innovation Awards, a zapach No.4 otrzymał w 2013 roku w Berlinie nagrodę Prix de Parfum Artistique.

elodie-pollet
Elodie Pollet (Fot. Fragrantica)

 

Eutopie Parfums proponuje intrygujące i oryginalne pachnidła o orientalnym, niszowym charakterze, skierowane do koneserów perfumowej sztuki. Zamyka je w masywne, ale poręczne i dobrze prezentujące się flakony zaopatrzone w srebrne lub złote zatyczki. Oszczędna stylowa grafika i numery zamiast nazw dodają całości niszowego i ekskluzywnego charakteru.

Dzięki uprzejmości łódzkiej perfumerii Impressium miałem okazję przetestować pachnidła o numerach od 1 do 6 i przyznać  muszę, że wszystkie zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. To kawał porządnej perfumowej roboty. Przede wszystkim zapachy Eutopia są oryginalne (i – o dziwo – nie ma pośród nich ani kopii Black Afgano, ani imitacji Tuscan Leather (!), choć jest coś…., ale o tym później). Poza tym, są gęste i trwałe, co wynika nie tylko z zastosowanych składników, ale i koncentracji eau de parfum. To także powoduje, że rozwijają się one na skórze bardzo powoli, nie epatując otoczenia swą mocą, a pozostając raczej bliżej noszącego. Zwykle są to kompozycje orientalne, z elementami estetyki arabskiej, tyle że z akcentami położonym na różne aspekty. Według mnie niemal wszystkie mają uniseksowy charakter.

No.1 to pachnidło z wyraźną nutą jaśminu sparowanego z różą, którym początkowo towarzyszy anyż. Kwiaty zanurzono w esencjach drzewnych, przybrudzono odrobiną gorzkawo pachnącego tytoniu i oparto na zmysłowej orientalnej bazie, na którą składa się ambra, piżmo i wanilia. Zapach majestatycznie i długo rozwija się na skórze, dość szybko wszakże tracąc kwiatowe nuty na rzecz orientalnej, lekko pudrowej, ambrowo-drzewno-waniliowej bazy, która z czasem staje się coraz bardziej sucha, nieco duszna, tajemnicza i zmysłowa.

Biały flakon z różowym ornamentem jakoś mi jednak do charakteru No. 1 zupełnie nie pasuje…

eutopie-n-1-luxury-perfume

 

główne nuty:  jaśmin, róża, anyż, drewno sandałowe, tytoń, cedr, ambra, białe piżmo, wanilia

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2011

 

No.2 to przepiękne, majestatyczne, orientalne pachnidło łączące w sobie różę, szafran i nuty drzewne. Fani niedoścignionego Rose Nacree du Desert Guerlain, Santal Royal tej samej marki oraz niedawno opisywanego przez mnie Oriento marki Jeroboam mogą znaleźć w tej kompozycji swoje ulubione aromaty. Róża obecna, choć nie dominująca, została tu sowicie obsypana rdzawym szafranowym pyłem przydającym całości tego charakterystycznego słodko-gorzkiego, arabskiego charakteru. Mam słabość do takich pachnideł – mających zmysłowy, ale jednocześnie egzotyczny, ciężki, „osadzony”, ale fascynująco mroczny i tajemniczy charakter, w których szkarłatna róża zmieszana została z czernią nikabu i złotem zdobień arabskich pałaców…

burka

No.2 zawiera w sobie – wedle twórców – aromat specyficznego arabskiego kadziła zwanego Bakhur (bakhoor), będącego w istocie sprasowaną w kształcie cegiełki mieszanką naturalnych składników, głównie drzewnych wiórków oudowych, zanurzonych w pachnących olejkach i zmieszanych z innymi składnikami (żywice, ambra, piżma, drewno sandałowe, zapachowe esencje). Bakhur palony wydziela dym służący do nadawania zapachu pomieszczeniom i tkaninom (ubraniom).

Reasumując, No.2 zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. No i kolor flakonu został tym razem zdecydowanie lepiej dobrany…

eutopie-n-2-luxury-perfume

główne nuty:  przyprawy, tytoń, róża, szafran, piżmo, nuty drzewne, niuanse orientalne

perfumiarz: Prakash Narayan (Givaudan)

rok premiery: 2011

 

No.3 idzie w nieco innym kierunku, niż dominujący w pierwszych dwóch zapachach arabski orient. Owszem, odnajdziemy tu wspólne z nimi ingrediencje (np. szafran, agar), ale całość jest zdecydowanie łagodniejsza i bardziej europejska – głównie dzięki innym proporcjom poszczególnych składników i łagodzącemu całość na pierwszym etapie jałowcowi. Dość szybko No. 3 ujawnia swą drzewna istotę, która – w miarę upływu czasu – zaczyna dominować. Finisz jest intensywny i sucho-drzewny, co jest zasługa niezawodnego cypriolu, który wzmacnia drzewny przekaz. Łagodny początek przeistacza się więc w mocny, drzewny koniec. Całkiem zaskakująco i naprawdę interesująco…

eutopie-3

główne nuty:  jagody jałowca, szafran, drewno sandałowe, cypriol, drewno agarowe, paczula, ambra, piżmo, wanilia

perfumiarz: Sonia Constant (Givaudan)

rok premiery: 2012

 

No. 4 poprzez połączenie paczuli z delikatnymi nutami balsamicznymi (czystek), żywicznymi i kulinarną wanilią na samym początku budzi we mnie jak najlepsze skojarzenia z przecudnej urody Coromandelem Chanela. Jednak w wyniku obecności fiołka w sercu zapach dość szybko zmienia kierunek. Staje się miękki i delikatnie zielony. Co ciekawe, na finiszu podobieństwa do dzieła Jacquesa Polge’a powracają, zapach staje się lekko paczulowo-kremowy i w efekcie jako całość pozostawia naprawdę dobre wrażenie. Jego „nieszczęściem” jest właśnie to, że może kojarzyć się z absolutną perfumową doskonałością, jaką jest Coromandel. Z takim „przeciwnikiem” trudno jest nawet podjąć walkę, a co dopiero ją wygrać… Ale to właśnie tę kompozycję doceniło berlińskie jury przyznając Prix de Parfum Artistique.

eutopie-4

główne nuty:  paczula, bergamotka, czystek, róża, fiołek, sandałowiec, ambra, piżmo, kadzidło

perfumiarz: Charles Caruso (SFA)

rok premiery: 2013

 

No.6 zainspirowane zostało… Rosją (bo czemu nie?), a konkretniej – Moskwą, która wszakże znacząco różni się od reszty Rosji (delikatnie to ujmując), a w której Elodie Pollet mieszkała przez jakiś czas. Stamtąd zabrała ze sobą wspomnienia i skojarzenia z wonią skóry, geranium i kadzidła. Według niej te nuty w dużej mierze tworzą No.6, którego czerwony flakon ze złotą zatyczką nawiązuje do moskiewskiego monastyru z ulicy Petrovka.

moscow-monastery

Zapach otwiera się dość intensywnym aromatem przypominającym pieprz, ale pieprzem nie będącym. To aromamolekuła pepperwood daje znać o sobie. Obok suchego drzewnego cypriolu, to drugi składnik stricte syntetyczny budujący kościec tego niezwykłego zapachu. Zza tego pikantnego wstępu nieśmiało wyłania się geranium na cedrowym fundamencie i – ten moment musiałem sprawdzić kilka razy, by potwierdzić moje skojarzenia – pachnie to jak Terre d’Hermes (!) pozbawiony grejpfruta (methyl pamplemousse) i wetywerii (vetiveryl acetate). Taka mroczna, niszowa, nieoczywista i bardziej wymagająca wersja Terre. Mniej wprawny nos może zupełnie nie zauważyć tego podobieństwa. Ja sam wydobyłem je dopiero przy którejś próbie. Ale No.6 to pachnidło zdecydowanie trudniejsze, obudowane innymi ingrediencjami dla uzyskania innego efektu. Elodie Pollet określa je jako – po części – skórzane. Ja jednak skóry zupełnie tu nie czuję. Natomiast uważam ten zapach za przede wszystkim przyprawowo-drzewny z odrobiną kadzidła, ładnym, dość wyraźnym, lekko mentolowym geranium i świetnym, długotrwałym, suchym cypriolowym finiszem. Co ciekawe, owo podobieństwo do dzieła J.C. Elleny jest dużo większe na papierku testowym, niż na skórze. Tam zapach staje się bardziej mroczny i drzewny, a urocza i rozjaśniająca całość nuta geranium gdzieś się chowa…

Dla osób lubiących olfaktoryczne eksperymenty No.6 może okazać się bardzo ciekawym kandydatem do połączenia go z Terre d’Hermes na skórze, w celu pogłębienia i utrwalenia tego drugiego. Efekty mogą  być bardzo intrygujące. Sam z pewnością tego wkrótce spróbuję… Niemniej oczywiście No.6 to od początku do końca „samodzielne” pachnidło o mocnym, zdecydowanym i męskim charakterze. Obok No. 2 moje ulubione z opisywanej piątki.

 

 eutopie-n-6-luxury-perfume1

główne nuty: kadzidło, cypriol, geranium, labdanum, skóra, paczula, cedr, piżma, Pepperwood

perfumiarz: Nadège le Garletanzec (Givaudan)

rok premiery: 2013

 

Acqua Di Parma „Colonia Oud”

W 2012 roku marka włoska marka Acqua Di Parma, znana z doskonałej jakości wód kolońskich, rozpoczęła nowy cykl zapachowy poświęcony najcenniejszym perfumowym składnikom, zatytułowany Ingredient Collection. Niby nic oryginalnego, jeśli chodzi o pomysł, ale zaręczam, że wykonanie dostępnych póki co trzech kompozycji (Oud, Leather i Ambra) z pewnością bardzo pozytywnie wyróżnia je pośród zapachów zrealizowanych wg podobnych konceptów. Poza tym kolekcja ta, delikatnie mówiąc, skutecznie łechce perfumowe koneserskie ego… Bo czyż nie jest to zaiste piękny widok?

AdP Ingredient Collection
Ingredient Collection by Acqua Di Parma

Chronologicznie pierwszym przedstawionym pachnidłem w ramach tej kolekcji był Colonia Oud, zdaje się, że początkowo nazwany Colonia Intensa Oud. Na zapach ten zwróciłem swą uwagę odwiedzając w zeszłym roku jedną z perfumerii we włoskim mieście Bergamo. Był on pierwszym, po jakiego sięgnąłem, będąc bardzo ciekaw, w jaki sposób zaprezentował agarowy temat – jak domniemam – Francois Demachy, na co dzień „nos” Diora, ale także naczelny perfumiarz grupy LVMH, która jest właścicielem m.in. właśnie Acqua di Parma. Pamiętam, że tamtego dnia we Włoszech Colonia Oud zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Postanowiłem więc koniecznie przetestować ją wnikliwie przy nadarzającej się okazji. Kilka tygodni temu flakon wylądował na moim biurku…

ingr_maps

Colonia Oud miał być – wedle oficjalnej informacji – połączeniem zachodniej estetyki kolońskiej z bliskowschodnim, orientalnym charakterem oudu. Miał celebrować ten cenny, pochodzący z krajów środkowego wschodu, składnik, jakim jest żywica zainfekowanego grzybem drewna agarowego. Złożony właśnie z – śmiem twierdzić naturalnej – esencji oud oraz drewna amyris, doprawiony rosyjską kolendrą, wzmocniony przez cedr, sandałowiec i paczulę pachnie nad wyraz oryginalnie i intrygująco. Trzeba wszakże zaznaczyć, że akord cytrusowy nie przypomina tu w niczym tego znanego z klasycznych wód Acqua di Parma. Cytrusy owszem obecne, jedynie zmiękczają intro zapachu, w którym wszakże od razu czujemy przewodni, mocny, skórzano-drzewny aromat pachnidła, mający później „rozwinąć swoje skrzydła”. Początkowo więc woń jest intensywna, nieco gryząca nozdrza, kwaskowata, trochę ziołowa, trochę drzewna, trochę skórzana. Wraz z upływem czasu najpierw wzmacnia się w niej aspekt skórzany, zaś z czasem nabiera drzewnej suchości, zachowując jednak ten unikalny, lekko kwaskowy aromat przez większość czasu. Dopiero po wielu godzinach, na samym końcu, pojawia się nieco bardziej słodko-żywiczna nuta drzewna, która wieńczy dzieło.

AgarWoodOUD

Wspomniana kwaskowatość, choć nieco inna i nie tak intensywna, to jednak kojarzy mi się z oudami Francisa Kurkdjiana (Oud Cashmere Mood i Oud Velvet Mood). Tyle że tu towarzyszy jej wyraźna, surowa, a nawet nieco zwierzęca nuta skórzana. Colonia Oud odróżnia się od masy innych pachnideł z nutą agaru właśnie swą wytrawnością i – mam wrażenie – dość realistycznym odwzorowaniem oudowej woni. Nie znajdziemy tu ani ambrowej czy żywicznej słodyczy, ani znanego duetu róży i paczuli, tak często imitującego rzekomy oud w wielu perfumach. Nie spotkamy też coraz popularniejszej zbitki oudu i szafranu. Co więcej – jest to zupełnie inne ujęcie oudu od tego z Leather Oud Diora, autorstwa tego samego perfumiarza, mimo że przecież i tam i tu aromat oudu połączono ze skórą. Colonia Oud jest zupełnie inny. Zaskakujący. Unikalny. Wytrawny. Suchy. Dla niewyrobionego nosa z pewnością nieco trudny w odbiorze, skłaniający się raczej ku arabskim gustom olfaktorycznym. Przy tym pachnący niezwykle wyrafinowanie, w sposób nie pozostawiający złudzeń co do jego klasy, jakości składników i warsztatu perfumiarza.

Colonia Oud to woda kolońska w wersji skoncentrowanej, w praktyce mająca moc i trwałość wody toaletowej. Po dość obfitym użyciu, co ułatwia serwujący spore chmury atomizer, czuję ją na sobie wyraźnie przez ponad 10 godzin, co stanowi bardzo dobry wynik. Zapach, mimo zdecydowanego charakteru, nie przytłacza. Pozostawia natomiast intrygującą skórzano-drzewną aurę, która snuje się wdzięcznie za noszącym. A nosi się Colonia Oud bardzo przyjemnie, z tą koneserską satysfakcją, charakterystyczną dla perfum najwyższej próby.

Francois Demachy 24
Francois Demachy

 

Etykieta „colonia” jest tu o tyle słuszna, o ile zapach ten potraktujemy jako wodę kolońską zaprojektowaną w tylu arabskim, a więc dla tamtejszych mężczyzn, kochających oud tak mocno, jak Włosi kochają swoje cytrusy, a przy tym oczekujących od pachnidła dużej mocy i esencjonalności, które z kolei są przeciwieństwami subtelności i ulotności tradycyjnej kolońskej europejskiej.

Colonia Oud to absolutnie jedne z najciekawszych znanych mi perfum oudowych i jedno z najbardziej oryginalnych pachnideł w mojej kolekcji, co stwierdzam z dużym zadowoleniem. Unikatowe, niebanalne, najwyższej jakości, o zdecydowanie męskim charakterze, w którym zrealizowany przy pomocy doskonałych ingrediencji agarowy temat potraktowany został z inwencją i mistrzostwem dostępnym jedynie wąskiemu gronu perfumiarzy.

Bravo Monsieur Demachy!

AdP Oud 3

nuty głowy: bergamotka, pomarańcza

nuty serca: kolendra, amyris, oud

nuty bazy: cedr, sandałowiec, paczula, skóra, piżmo

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2012

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Versace „Oud Noir”

Czasy mamy takie, że każda perfumowa marka chce mieć w swojej ofercie zapach o tematyce agarowej, najlepiej ze słowem oud w nazwie. I choć mam wrażenie, że oudowa moda traci swój impet, to już pozostawiła po sobie niezliczone „dzieci”. O tym że słowo oud jest zwykle jedynie chwytem marketingowym (bardzo często mającym na celu lukratywną sprzedaż zapachu w krajach arabskich) i absolutnie nie gwarantuje użycia w formule prawdziwej żywicy agarowej, pisałem już wielokrotnie. Ale czyż nie analogicznie działo się i wciąż dzieje z zapachami ambrowymi? Ile z nich mających w nazwie amber zawiera prawdziwą, naturalną szarą ambrę? Żaden. (Znanymi mi wyjątkami są super ekskluzywne pachnidła marek Roja Dove i Royal Crown). Dziś ambra w perfumach = akord ambrowy stworzony z różnych ingrediencji (często są to żywica benzoesowa, wanilina i labdanum), mający „udawać” naturalną ambrową woń. Bardzo często już nawet to kryterium nie jest spełniane, gdyż na przestrzeni wielu lat swej obecności w pachnidłach akord ambrowy nabrał szerszego znaczenia, a nawet w dziwny sposób przetransformował w zapach… bursztynu (ang. amber), tak jakby naturalny bursztyn czymkolwiek pachniał… Identycznie dzieje się dziś z oudem. Zapachy „oudowe” potrafią pachnieć bardzo różnie, a oudem często nazywane są wonie nie mające z zapachem oudu nic wspólnego (patrz np. Ferrari Essence Oud, którego recenzję szykuję). Ale zdarzają się na szczęście przypadki wprost przeciwne. Do takich należy moim zdaniem bohater dzisiejszego wpisu – w mojej opinii przykład naprawdę udanej realizacji agarowego tematu. Długo przymierzałem się do testów Versace Oud Noir, obawiając się zapachowego rozczarowania. Dziś jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że było warto poświęcić mu czas (a czas to jak wiadomo także i … pieniądz).

Versace Oud Noir

Choć flakon jest doskonale znany z niezwykle popularnego, świeżego, aromatycznego Versace Pour Homme (2008), to już jego czarno-złota barwa sugeruje zgoła inny charakter i ciężar gatunkowy pachnidła. Nie przypadkowo jednak Oud Noir zamknięty został właśnie w takim flakonie. Ten orientalno-drzewny zapach pomyślany jest bowiem jako skierowany na rynki arabskie odpowiednik europejskiego Pour Homme. I coś w tym jest. Przecież Versace Pour Homme, łączący rześkie nuty cytrusowe z przyprawami i nutami drzewnymi, to absolutnie europejski typ męskiego pachnidła z gatunku casual. W ten sam sposób należy potraktować Oud Noir, tyle że w kontekście arabskim. To agarowy casualowiec, oud europejsko-arabski, o „cywilizowanej” mocy i projekcji.

versace-oud-noir3

Przede wszystkim – i to jest dla mnie spora niespodzianka, a także przyczyna, dla której moja ocena Oud Noir jest bardzo subiektywna – mocno przypomina mi on M7 od Yves Saint-Laurenta. Oczywiście oba zapachy nie są identyczne, ale postawiłbym je obok siebie, gdybym miał grupować znane mi „oudowce” pod względem sposobu realizacji tematu. Co konkretnie wspólnego maja Oud Noir i M7? Łączy je gorzko-„lekarstwiana” nuta, która w Oud Noir obecna jest przede wszystkim w otwarciu (gdzie początkowo jeszcze łagodzą ją nieznacznie pomarańcza i neroli) oraz w fazie serca, gdy do głosu dochodzi tercet szafranu, kardamonu i kadzidła. Początek jest zresztą dość mocny, szorstki i całkiem wyraźnie doprawiony czarnym pieprzem. Z czasem zapach staje się łagodniejszy i gorzko-słodki (szafran). Pojawia się sygnaturowa, sucho-drzewno-szafranowa woń, która ciągnie się przez kolejne godziny wyraźnie projektując i stopniowo, ale bardzo powoli gasnąc, uwydatniając jednocześnie solidne pokłady czegoś, co może być Iso E Super. Na etapie bazy Oud Noir oddala się od M7 znacząco, stając się mniej dymnym, a bardziej sucho-drzewnym. Zapach ten więc praktycznie od początku do końca zachowuje swój zasadniczy, drzewny charakter, ulegając na skórze jedynie subtelnym przemianom, których niewprawiony nos może nawet nie zauważyć. To co czujemy na samym początku jest niemalże tym samym, czym pachniemy na finiszu.

M7-m

Podobieństwo do M7 było czymś, czego absolutnie się nie spodziewałem. Nie spotkałem się nigdzie w Internecie z takim porównaniem, a przecież fani M7 znani są z poszukiwań alternatyw dla swego ulubieńca (choć póki co na szczęście mamy M7 Oud Absolu). Szczerze przyznam, że Oud Noir to chyba najbardziej podobne do M7 znane mi ujęcie oudu i bardzo jestem ciekaw, jaki perfumiarz za nim stoi. Na swój użytek uknuję (jak zwykle!) małą teorię spiskową, która (jak zwykle!) równie dobrze może być funt kłaków warta… Otóż przypomnę, że M7 dla YSL stworzył duet Alberto Morillas i Jacques Cavallier. Versace Pour Homme (europejski) to dzieło Morillasa. Może więc i za Oud Noir stoi ten twórca? Tym bardziej, że czuję w nim charakterystyczne cechy stylu Morillasa: harmonia, oszczędność środków wyrazu, moc na „poprawnym politycznie” poziomie, perfekcyjny warsztat.

versace oud

Oud Noir nie jest przytłaczający, ale jest „obecny” przez wiele godzin pod warunkiem dość solidnej aplikacji (atomizer rozpyla drobne chmurki). Ma satysfakcjonującą projekcję, nie dominuje, ale snuje się za noszącym pozostawiając krótki, ale wyraźny ogon, złożony z bardzo intrygującej mieszanki zapachowych molekuł. Szczyt projekcji przypada między 3 a 8 godziną po aplikacji. Zastosowanie szafranu i kardamonu w sercu przydaje mu tej arabskie orientalności, odrobiny kulinarnej słodkości, ale jest ona tak zbalansowana innymi nutami, że nie ma tu mowy o popadaniu w estetykę gourmand. Podobny zabieg w swoim wspaniałym Oud zastosował Francis Kurkdjian, choć tam więcej jest orientalnej słodkości szafranu. I to właśnie dzieło Kurkdjiana jest dla mnie drugim obok M7 odnośnikiem dla Oud Noir.

Oud Noir uważam za jedno z moich bardziej przyjemnych odkryć zapachowych ostatnich miesięcy. Długo przymierzałem się do jego spróbowania, ale cieszę się, że w końcu to zrobiłem. Gdzieś po cichu liczyłem, że mnie przyjemnie zaskoczy i faktycznie tak się stało. Nosi się go z dużą przyjemnością. Bardzo lubię, gdy perfumy pozostawiają taką enigmatyczną, niedopowiedzianą aurę. Oud Noir taki własnie jest. Tajemniczy i intrygujący. Polecam go nie tylko fanom oudu i M7, ale także wszystkim tym, którzy lubią pachnidła suche, przyprawowe, drzewne i kadzidlane.

versace oud 3

nuty głowy: pomarańcza, neroli, czarny pieprz

nuty serca: kardamon, szafran, kadzidło

nuty głębi: paczula, oud, skóra, akord skórzano-drzewny

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 10 h

Ex Idolo „Thirty Three”

Autorem marki Ex Idolo i jej pierwszego (i jedynego póki co) zapachu jest niejaki Matthew Zhuk – tajemniczy Kanadyjczyk o białorusko-polskich korzeniach mieszkający obecnie w UK, o którym wiadomo tyle, że zawodowo trudni się doradztwem dotyczącym strategii rozwoju brandów (m.in. dla Molton Brown, Sony Mobile, Jagermeister, Red Bull, Grolsch, Chiquita, BMW, Milka, Burberry) w ramach firm konsultingowych (m.in. The Gild, eQ). Ex Idolo to autorski projekt Zhuka dotyczący stworzenia i wypromowania nowego niszowego brandu perfumowego. Bowiem poza swoim zawodowym zajęciem Matthew jest od lat miłośnikiem perfum, który swą wiedzę na ich temat czerpał niegdyś z powstającego wówczas serwisu Basenotes oraz blogów perfumowych. W 2004 po przetestowaniu prawdziwych arabskich perfum oudowych Al Haramain’s Khaltat Al Muluk Matthew zapałał miłością do oudu. Od tego czasu oud stał się niemal jego obsesją. Doprowadził go do rozlicznych kontaktów z plantatorami i destylatorami, a w końcu do odkrycia zapasu wspomnianej oudowej esencji z 1980 roku, która posłużyła jako kanwa dla jego pierwszych autorskich perfum. Niedawno wykupił cały jej zapas, by zapewnić jak najdłuższą dostępność 33 w sprzedaży. Obecnie pracuje nad zapachem zbudowanym wokół cennego omańskiego kadzidła, takiego jakiego używało w przeszłości Amouage.

Ex+Idolo+-+Matthew+Zhuk
Matthew Zhuk

Wedle oficjalnej strony internetowej zapach o tajemniczym, numerycznym tytule 33 nowej jest z wielu względów wyjątkowy. O jego unikatowość świadczyć mają niezwykle cenne składniki, w tym przede wszystkim wspomniana esencja naturalnego oudu, która wydestylowana w 1980 roku przez 33 lata „czekała” dojrzewając do swego debiutu w perfumowej formule. Wartości ma jej dodawać również fakt, że pochodzi z dziko rosnących drzew aloesowych (w Chinach, Borneo i Birmie), a nie z plantacji. Drugim istotnym składnikiem 33 jest olejek różany – także chińskiego pochodzenia. Trzecim zaś esencja paczulowa. W praktyce testując ten zapach zauważyłem, że olfaktoryczne proporcje tych trzech głównych ingrediencji można ułożyć w następującym szyku: paczula, róża, oud. Bowiem to właśnie paczula dominuje ten zapach od samego początku niemalże do końca, w pierwszej i drugiej fazie dopuszczając do głosu odrobinę róży. A oud? Cóż – nie jestem „ludzkim chromatografem gazowym” i nie umiem stwierdzić jego obecności. Nie znaczy to oczywiście, że go tam nie ma, tym bardziej że oud ma wiele twarzy. Z pewnością tak dojrzała esencja będzie pachniała w bardzo zrównoważony, okrągły i nieostry sposób. Dojrzały oud pachnie mało agresywnie, bardziej wyrafinowanie, subtelnie. Jednak tu szczerze mówiąc trudno mi jest zidentyfikować choć ślad oudu w choć jednej z form, jakie znam.

Niemniej w kontekście powyższego opisu 33 wydaje się być bardzo dobrym i obiecującym początkiem marki Ex Idolo, który zresztą już spotkał się z pozytywnym odzewem perfumowych entuzjastów. Utrzymany w estetyce oudowych zapachów Montale (szczególnie Black Oud) 33 prezentuje się całkiem przekonująco. Jest nasycony, intensywny, ale nie przytłaczający, ładnie zrównoważony. Tylko dlaczego tak dużo w nim paczuli?

ex idolo bottle

Nuty głowy: czarny pieprz, mandarynka, kauczuk

Nuty serca: chińska biała róża, róża z Taifu, chińska róża, kłącze irysa, „stal damasceńska” (akord metaliczny)

Nuty bazy: oud (żywica agarowa), paczula, heliotropina

rok premiery: 2013

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4/ projekcja: 4/ trwałość: 4,5

Jeszcze trochę oudu czyli „Mystic Oud” Historiae

Francis Kurkdjian przy okazji premiery swego oudowego trio stwierdził, że perfumy oudowe stały się kolejną pełnoprawną grupą zapachową obok zapachów kwiatowych, ambrowych, kolońskich, fougere, chypree itd. Faktycznie coś w tym jest. Obecnie każda marka, już nie tylko niszowa czy ekskluzywna, ma w ofercie zapach oudowy, nawet takie jak Versace czy Ferrari (!). Osobiście przestałem się już dziwić liczbie premier pachnideł agarowych, przyjmując słowa Francisa jako fakt i godząc się z tym zjawiskiem.  Bo w sumie dlaczego nie?

Dziś moje wrażenia nt. pachnidła oudowego młodziutkiej francuskiej marki Historiae.

Historiae Mystic Oud – oud mydlany

Zapachy marki Historiae pojawiły się już jakiś czas temu w ofercie perfumerii Quality Missala. Zaintrygowały mnie przede wszystkim faktem, iż większość z nich wyszła z pracowni Bertranda Duchaufoura. Jak się po krótkich testach okazało, są to urocze, zwiewne i bardzo naturalnie pachnące kompozycje bazujące wyłącznie na składnikach posiadających certyfikaty fair trade, a w swym charakterze bardzo tradycyjne, z dominującymi nutami cytrusów i kwiatów (tematy róży, fiołka, kwiatu pomarańczy, biały kwiatów, zielonego ogrodu). Marka oferuje całe linie produktów w danym zapachu: od eau de toilette przez mydła, świecie zapachowe aż po dyfuzory do pomieszczeń. Każda z kompozycji zainspirowana została wielką postacią z historii Francji.

historiae_01

W bieżącym roku zapachową ofertę marki koniunkturalnie poszerzono o kompozycję oudową pod tytułem Mystic Oud. Żywica agarowa to składnik bardzo ekspansywny, łatwo dominujący kompozycję. Tym trudniej jest – jak sądzę – zrobić wyróżniający się oryginalnością zapach z oudem, biorąc pod uwagę liczbę tego typu pachnideł dostępnych na rynku. Bertrand Duchaufour potrafi czynić cuda, choć w tym akurat przypadku wykonał po prostu solidną robotę. Jak zwykle – by osiągnąć zamierzony efekt – nie żałował składników i popełnił bardzo udane pachnidło, zdecydowanie najbardziej charakterne ze wszystkich zapachów Historiae.

Mystic Oud zwraca uwagę umieszczonymi obok agaru różą i geranium, które powodują mydlany efekt. Została on jednak w pierwszej fazie przełamany sporą dawką cytrusów, zaś w sercu szafran nadał mu egzotycznej słodyczy (i zbliżył charakterem do pierwszego kurkdjianowskiego Oudu). Znaczącą rolę odgrywa tu także paczula, jakże lubiąca się z różą. Finisz zaskakuje woltą w kierunku kulinarnym z wyraźną wanilią i benzoesem. Główny bohater – czyli żywica agarowa – został tu bardzo zręcznie obudowany pozostałymi ingrediencjami. Te składowe przytłumiły charakterystyczną naturę oudu na każdym etapie zapachu, choć jego obecność jest wyczuwalna i zapach jako taki wpisuje się w agarowy kanon. Nie jest to jakieś zaskakujące ujęcie oudu, ale nie można odmówić mu urody.

Mystic Oud pachnie świeżo i czysto. Przypomina mi nieco No. 88 od Czech & Speak, co prawdopodobnie wynika z podobnego zestawienia nut drzewnych z esencją różaną i geranium. Zapach ten spodobał mi się. Jest idealnie wyważony, nie przytłacza, ma przyjemną moc i dobrą trwałość, a przy tym jest bezpretensjonalny. Fani oudu (i róży) powinni koniecznie go spróbować.

Historiae-Mystic-Oud-

Nuty głowy: bergamotka, pomarańcza, aldehydy, róża, dawana

Nuty serca: szafran, piwonia, róża, geranium, goździki, oud (żywica agarowa)

Nuty bazy: wanilia, benzoes, wetiwer, kastoreum, ambra, paczula, sandałowiec, mirra, mech dębowy

twórca: Bertrand Duchaufour

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ok.  9 godzin

Maison Francis Kurkdjian Oud Moods

oud collection

Francis Kurkdjian najpierw długo wzbraniał się przed stworzeniem perfum agarowych, a kiedy już je stworzył (Oud), zrobił to po – wg jego stwierdzenia – po europejsku, unikając typowej arabskiej estetyki (choć wg mnie nie do końca, bo jednak mieszanka oudu z szafranem i piżmami wydaje się być bardzo arabska, mimo że agar został tu – jakby z obawy – skrzętnie ukryty wśród pozostałych ingrediencji). W każdym razie zapach okazał się całkiem udanym, a przede wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu ujęciem agarowego tematu.

Sporym zaskoczeniem była więc nowina, że oto Francis zamierza przedstawić kolejne trzy (!) zapachy z wykorzystanym już w pierwszej kompozycji najlpeszej jakości oudem z Laosu w roli głównej. Już sam design flakonów zdradzał jednak, że tym razem będą to pachnidła o arabskim charakterze, co więcej – prawdopodobnie stworzone głównie z myślą o tamtejszym rynku. Nie mam bowiem wątpliwości, że było to ze strony MFK umiejętne posunięcie komercyjne, ukierunkowane na głębokie kieszenie arabskich szejków i im podobnych beneficjentów nafto-biznesu. Czyż bowiem może być coś bardziej atrakcyjnego od trio arabskich pachnideł stworzonych przez jednego z najzdolniejszych, ale także i najsłynniejszych francuskich perfumiarzy, którego sława bez wątpienia dotarła także na Półwysep Arabski?

FRANCIS_KURKDIJAN_3

Extrait de parfum – na takie wyjątkowo duże stężenie ingrediencji zdecydował się tym razem perfumiarz, o czym zresztą świadczy trwały tłusty ślad pozostawiany na skórze przez wonne płyny. To z kolei przekłada się na bardzo dobrą trwałość, ale i  naprawdę wysoką cenę, nawet jak na standardy tzw. niszy. Obrazu dopełnia ciemna, grafitowa, nieco wręcz złowroga barwa płynów zamkniętych w kurkdjianowskich flakonach ozdobionych tym razem w stylu arabian (czyli dużo koloru złotego…).

Wszystkie trzy kompozycje mają charakter uniseksów, co uważam za ich zaletę. Każda ma oddawać pewien nastrój, klimat (mood) ściśle związany z fakturą materiału znajdującego się w nazwie, a więc kaszmiru, jedwabiu i aksamitu. To oryginalne podejście do tematu i należy to zauważyć. Jestem pewien, że perfumiarz formatu Kurkdjiana potrafi przełożyć fakturę, tudzież nastrój na nuty i akordy zapachowe. Ja mogę jedynie spróbować opisać własne subiektywne odczucia na temat poszczególnych klimatycznych oudów Francisa. Gwoli formalności dodam, że wszystkie pachnidła tej marki dostępne są perfumerii Quality Missala.

Cashmere Mood

Najbardziej wyrazisty z całej trójki zaskakuje ostrym, szczególnie jak na normy Kurkdjiana, wibrującym, lekko kwaśnym i nieco jakby wilgotnym intro, w którego przedłużeniu wyczuwam coś na kształt balsamu sosnowego lub jodłowego. Wstęp jest mocno niszowy, przykuwający uwagę, trochę kontrowersyjny. Może okazać się nawet nieco trudny, szczególnie dla niewprawionego nosa, jednak zakładam, że osoby zainteresowane twórczością MFK to już raczej zapachowi koneserzy, którzy z akceptacją tego typu woni nie będą mieli najmniejszych problemów. W dalszej fazie Cashmere Mood pachnie drzewnie, dymnie, w sposób kojarzący się trochę z gęstym dymem wędzarniczym, a trochę z palonymi ziołami (odległe, ale jednak, reminiscencje Black Tourmaline Oliviera Durbano, a dużo bliższe z Opus VII Amouage). Później stery przejmuje suchy, stuprocentowo drewniany akord, który z biegiem godzin nabiera charakterystycznej agarowej zadziorności połączonej z pewną ciepłotą pochodzącą – jak sądzę – od specyfikowanych w oficjalnym składzie: wanilii, benzoesu i labdanum. Nie ma tu jednak mowy o słodkawej miękkiej i puchatej poduszce, jaką w sposób naturalny z tych składników można by utworzyć. Do samego końca jest tu sucho, drzewnie i… sygnaturowo. Baza to absolutna kwintesencja tego pachnidła.

Gwoli powinności śpieszę dodać, że Cashmere Mood siedzi na mojej skórze prawie dobę pachnąc przez pierwsze kilka godzin dość mocno, a później stonowanie, ale wciąż wyczuwalnie. Francis Kurkdjian udowadnia tu, że potrafi pójść ścieżką, na której nie zostawił wcześniej śladów. To zapach odważny, zdecydowany i charakterny, z pazurem, jakiego w wykonaniu tego perfumiarza dotąd nie doświadczyłem. Wyróżniająca się, naprawdę mocna pozycja – nie tylko w katalogu Maison Francis Kurkdjian.

cashmere

główne nuty: labdanum z Maroka, benzoes, wanilia, oud z Laosu, 

Silk Mood

W porównaniu do Cashmere Mood Silk Mood to zapach z przeciwnej strony agarowego spektrum. W dość typowym ujęciu, bo w duecie z różą, jednak dzieło Kurkdjiana zachwyca niebanalną urodą. Jest narysowane delikatną, choć tłustą kreską i pięknie zaokrąglone. Całości dopełniają papirus (cypriol) i rumianek oraz wiele innych niewymienionych oficjalnie składników.

Początek pachnie dość intensywnie coś jakby lakierem do drewna, ale już po chwili traci na ostrości i mości się wygodnie na skórze w postaci zmysłowego wypolerowanego arabskiego akordu. Baza – wyczuwalna wciąż po kilkunastu godzinach – jest subtelna, ciepła, troszkę piżmowa i zawierająca wspomnienie róży. Mimo bardzo długiego czasu od aplikacji (kilkanaście godzin) zapach wciąż daje o sobie znać.

Silk Mood jest od początku jedwabiste właśnie, a finezja, z jaką maestro Kurkdjian połączył cenne ingrediencje zachwyca. Silk Mood to oud bezpieczny, ujarzmiony, harmonijny i … zachwycająco piękny. Niezwykła homeostaza przypomina mi tę zaprezentowaną w równie cudnym Agarwoud Jamesa Heeleya, który wciąż czeka na swoją recenzje na moim blogu… Silk Mood jest gęsty, raczej bliski skóry, ciepły, przylegający, zmysłowy, spokojny i śliczny. Potwierdza nadzwyczajną trafność zestawienia esencji agarowej i królowej kwiatów. Pięknie pachnące perfumy. Nic dodać, nic ująć.

silk

główne nuty: róża bułgarska, rumianek z Maroka, papirus, oud z Laosu

Velvet Mood

Otwarcie zapachu jest podobne Cashmere Mood, choć pozbawione jego iglastej żywiczności. Później jest trochę mniej ostro i mniej kwaśno, ale jednak klimatem Velvet bardzo bliski jest Cashmere, choć jako całość wypada od niego nieco delikatniejCzuję sporą dawkę szlachetnego szafranu znanego z pierwszego Oud Francisa, tyle że tu pachnie to wszystko wytrwanie i zadziornie. Cynamon nie jest tu tak znajomy i przyjemny, jak nas do tego przyzwyczaiła kuchnia i perfumy cynamonowe w rodzaju Rousse S.Lutensa, Musc Ravageur F. Malle czy Diesel Zero Plus Masculine. Zapach jest przez większość czasu ostry, pikantny, suchy, wytrawny i pylisty… Tak, to najlepsze określenie podsumowujące Velvet Mood – pylisty. 

Z Velvet Mood mam największy ambaras. Nijak nie potrafię zrozumieć, po co perfumiarz stworzył rzecz tak bardzo podobną do Cashmere Mood? Owszem – są pewne różnice, ale wg mnie mają dość subtelny charakter. Dopuszczam oczywiście możliwość, że mój nos nie jest w tym przypadku w stanie wychwycić większych różnic pomiędzy nimi. Jednak ja odbieram Velvet Mood jako stworzone trochę na siłę, bo jakoś tak przyjęło się, że jak zestaw pachnideł, to koniecznie składający się z trzech. A moim zdaniem starczyłyby z powodzeniem dwa wcześniej opisane i przekaz byłby znacznie silniejszy i konkretny. Dobra – przestaję wybrzydzać. Od przybytku głowa przecież nie boli.

velvet

główne nuty: cynamon z Cejlonu, szafran, brazylijski balsam copahu, oud z Laosu

Oudowe trio Maison Francis Kurkdjian to kawał solidnej perfumiarskiej roboty. Chwilami bezkompromisowej i nieokiełznanej (Cashmere), chwilami bardziej wyważonej (Velvet), a nawet troszkę zachowawczej (Silk), ale przede wszystkim niezwykle intrygującej i doskonałej jakością składników oraz ich mistrzowskim poukładaniem. Ale przecież do tego Francis Kurkdjian zdążył mnie już przyzwyczaić, a nawet trochę zepsuć, bowiem zawsze mimowolnie wysoko zawieszam mu poprzeczkę. Nie ma obawy. Przeskoczył ją i tym razem.  

Oud wciąż ma się dobrze? Maison F. Kurkdjian „Oud” vs. Kilian „Amber Oud”

Ostatnie nowości dwóch niszowych, czy raczej ekskluzywnych, marek perfumowych:  Kilian oraz Maison Francis Kurkdjian dowodzą, że moda na agarową żywicę w perfumach wciąż trwa, mimo ewidentnego przesycenia rynku tym tematem. Choć może to wprawiać obserwujących rynek perfum niszowych/ekskluzywnych w pewną konfuzję, to jednak kolejne marki wprowadzają swoje oudy, a niektóre nawet po kilka różnych wariacji. Powiedzmy sobie szczerze – ile można eksploatować ten temat i proponować coś oryginalnego lub unikatowego? Jak to zrobić, by nie zanudzić kompletnie odbiorcy? Twórcy imają się różnych sposobów, czego dowodami są właśnie Amber Oud Kilian i Oud MFK. Oba zapachy mają ze sobą więcej wspólnego, niż to jedno magiczne słowo w nazwie. Obie kompozycje pozycjonują bowiem agar w zapachowym otoczeniu, które okazuje się mieć większe znaczenie niż owe egzotyczne drewno. Ale po kolei…

Kilian Amber Oud

Kilian oficjalnie przyznaje, że nie tylko o oud tu chodzi, nazywając swoje perfumy Amber Oud i dopisując w ten sposób czwarty rozdział do swej księgi Arabian Nights – po Pure Oud, Rose Oud i Incense Oud. I rzeczywiście. To pachnidło to na pierwszym miejscu akord ambrowy, a dopiero na drugim oud. A może nawet na trzecim. Efektem perfumy naprawdę śliczne, ale niemal nie-oudowe. Muszę przyznać, że kremowa ambra – jako mieszanka żywic, balsamów i wanilii – jest tu jedną z najpiękniejszych interpretacji tego akordu w znanym mi dotychczas perfumiarstwie. Oud pozostaje jednak w jej cieniu, dodając tylko odrobinę swego drzewno-skórzanego oblicza. Amber Oud brzmi na skórze bogato i gęsto, mocno i długo w sposób, który bardzo przypada mi do gustu, choć swą prawnie nie-oudowością przypomina mi filozofię zastosowaną przez Creeda w Royal Oud i czy Bond No. 9 New York Oud, choć w obu tych pachnidłach oud mimo wszystko był bardziej wyczuwalny. Jest więc Amber Oud bardzo ostrożnie i z ogromnym umiarem agarowy. Tak jakby Kilian Hennesy wyszedł z założenia, że oud w perfumach ambrowych nie pachnie równie dobrze, jak brzmi w ich nazwie… 

nuty: oud, wanilia, benzoes, cedr, korzennik, ambra

twórca: Calice Becker

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: gęsty oriental obojga płci, raczej wieczorowy, na chłodniejsze pory roku

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 5/ flakon: 5

Maison Francis Kurkdjian Oud

Zacznę od małej dygresji. Ostatnio dowiedziałem się, iż maestro Francis Kurkdjian nie przepada za perfumowymi krytykami i blogerami. W swych rozważaniach dochodzi nawet do wniosku, że krytycy nie powinni oceniać perfum wyłącznie na podstawie ich zapachu. Że liczy się całość, zamysł twórcy, jego wizja. Tylko – pytam – skąd u licha, mając przed sobą próbkę lub ewentualnie flakon perfum, mogę wiedzieć, co autor tychże miał na myśli? Ja po prostu wącham, noszę i opisuję to, co czuję, z czym mi się kojarzy i jak to oceniam. Całkowicie subiektywnie, bo inaczej się nie da. Czy się to Panu Francisowi podoba, czy nie. 🙂

Koniec końców także i on – współczesny olfaktoryczny wirtuoz, mistrz harmonii, gładkiej formy, zwięzłej treści i konkretnego przekazu – uległ potrzebie zapachowego wypowiedzenia się w oudowej konwencji. Jako wielbiciel kunsztu FK czekałem na jego testy Oudu z niecierpliwością. Mogę śmiało napisać, że nie zawiodłem się, chociaż… Podobnie jak Calice Becker, tak i Kurkdjian nie odważył się na postawienie agaru na piedestale. Tyle że on, zamiast pluszowej ambry, użył przede wszystkim aksamitnych piżm. W kontekście agaru to dla mnie nowość, choć w zestawieniu z tym, a nie innym, perfumiarzem nie jestem zaskoczony. Kurkdjian często umieszcza  w swych kompozycjach „czyste” piżma w ilościach sążnistych, dając w ten sposób zapachom pełnię, głębię, okrągłość, zmysłowość, czystą niczym biała koszula aurę i trwałość. Zgoda – tu oud jest nieco lepiej wyczuwalny niż w Ambre Oud Kiliana. Nuta agarowa jest nieco podobna do tej, którą znalazłem w genialnym Leather Oud Diora i w perfumach Mony Di Orio. To ten sam pochodzący z Laosu gatunek, uważany za najszlachetniejszy. Może i tak. W każdym razie Kurkdjian zrobił wiele, by zneutralizować niemiłe aspekty agarowej woni i zanurzył tę egzotyczną żywicę w kąpieli z doskonałej jakości syntetycznych piżm, a całość posypał szarfanem. Efekt to oud czysty. Wyprany. Lekko słodki, balansujący na krawędzi kulinarności. Tak właśnie pachnie. Jak doskonałej jakości oudowy detergent. I nie jest to zarzut, bo mi się kurkdjianowski piżmo-agarowiec podoba. Nawet bardzo. Czuć w nim sygnaturę twórcy. Okrągło, bez kantów, gładko, esencjonalnie i niezwykle noszalnie, rzekłbym nawet – nieniszowo, a komercyjnie. Cały Francis. Brawo. A że przy okazji powstał zapach mający wyraźnie skórzaną aurę…? Cóż… To jest właśnie magia pachnących molekuł!

 

nuty: szafran, elemi, oud, cedr, paczula, piżmo

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: nowoczesny zapach skórzany z lekko kulinarnym akcentem, uniseks, zmysłowy i z wyraźną sygnaturą

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 5